sięganie dna to nie wypad na weekend.

Czasem czuję, że nie dam rady. Że po prostu złamię się jak suchy konar i rozpadnę na pół.

Nie było mnie tu całe wieki. Tak bardzo chciałam wrócić w momencie, kiedy będę zdolna do napisania zdania: „wracam z piekła. Piękny świecie, witaj z powrotem!”. Fantazjowałam sobie, że zdołam opisać wszystko w czasie przeszłym, dodając: „nie ma mnie tam, teraz jestem TU”. Bez wątpienia jestem TU, ale gdzie jest to „TU”? Tak wielu z Was pytało mnie: „gdzie uciekłaś?”, „gdzie sobie poszłaś?”, „gdzie jesteś?”.
W ciemnej dupie od 1410 – gdybym miała być produktem, tak brzmiałoby moje hasło reklamowe.

Ewentualnie mogłabym nazwać w ten sposób moją autobiografię. Opowiedziałabym w niej o tym, jak w trzy miesiące stracić pracę, narzeczonego, pieniądze, 15 kilogramów, godność po alkoholu i własną jaźń. Następny podrozdział traktowałby o uczuciach – jakie to uczucie dostać nową pracę, a po miesiącu wyrwać sobie kręgi z kręgosłupa i znów jej nie mieć; jak to jest nie móc zawiązać butów, jak przeżyć wpuszczanie prądu w tkanki, jak smakują halucynacje po lekach i jak spierdolić się ze schodów, żeby ostatniego dnia roku złamać sobie nogę.

To miała być dobra notka, piękna, natchniona, niczym opowieść z długiej podróży, survivalu. Patrzcie, zmartwychwstałam, kurwa! No cóż. Nie.

sieganie

Zamiast tego będzie to moja pierwsza notka pisana w ciągu dnia. Powinnam być tym faktem wielce zadziwiona, ale kiedy nie śpisz czterdzieści osiem godzin pod rząd, i tak zadziwia Cię wystarczająco dużo. I serio, nie masz kurwa siły zastanawiać się, czy jest piątek, środa, czy może w czasie, kiedy Ty snułeś się jak cień po mieszkaniu, ktoś w tym czasie wprowadził jakiś nowy dzień tygodnia. Wszystko zlewa się w jeden dzień, jedną pierdolną dobę i tracisz już rachubę, czy kawa na stole to kawa wczorajsza, czy może chciałeś ją wypić pół godziny temu. W zasadzie i tak jest Ci wszystko jedno, wypijasz ją mimo wszystko, bo i tak smakuje jak gówno. Wszystko smakuje jak gówno i wszystko przesiąka jego smrodem, Twoja kawa, Twoje mieszkanie, Twoje życie, Twoi przyjaciele, Twoja rodzina i Twoje wszystko. Masz wrażenie, że rozdeptujesz je w każdym miejscu, w którym zdołasz się znaleźć, choć przestajesz bywać gdziekolwiek.

Depresja. Hehehehehehehehe. Kiedy myślisz o kimś, kto ma depresję, jakiego człowieka widzisz przed oczami? Smutna pizda, słuchająca smutnych piosenek o smutnych rzeczach, zakładająca smutne kaptury, leżąca pod smutnym kocem, smutno smucąca o smutku w swoim smutnym sercu.

No kurwa, niekoniecznie. Depresja może mieć szczęśliwe oczy, w których nie wyczytasz żadnej prawdy na jej temat. Może mieszkać w ciele człowieka, którego nie odróżnisz od innych ludzi, bo zdaje się robić te same rzeczy, co oni – wstaje, je śniadanie, myje zęby, chodzi na zakupy, wychodzi na dwór z psem, pije piwo ze znajomymi, a nawet śmieje się do łez. Może zakładać na człowieka zielone trampki, vansy w koty, kolorowe kurtki, szale w grochy, majtki w kropki i rajtki w kwiatki. Bawi się Tobą w bal przebierańców, ubiera Cię w skórę, którą wcześniej z Ciebie zdarła, tak samo jak zdarła z Ciebie godność i pewność tego, że kiedy patrzysz w lustro, widzisz siebie naprawdę.

Kiedy byłam mała, zrobiłam mojemu Tacie mały żarcik. Były kiedyś takie cukierki, Irysy, małe, twarde kwadraciki. Widząc, że w woreczku zostało ich już tylko kilka i wiedząc, że mój Tata się na nie pokusi, wyjęłam z jednego papierka Irysa, a zamiast niego włożyłam plastikową część domku dla lalek.
Nad ranem zastałam na parapecie odwinięty papierek, a obok ten kawałek plastiku. Rozbawiło mnie wtedy, jak wielkie rozczarowanie musiało spotkać Tatę, kiedy liczył na słodycz, a pod ładnym, złotym papierkiem, zastał kawałek plastiku. Czułam się jak geniusz zła.

Tak samo musi się teraz czuć ten chory skurwiel, mój los, kiedy łamię sobie zęby na moim życiu, bo odwinęłam papierek i nie sprawdziłam, co jest w środku.

Ale to nie jest tak, że pewnego dnia uwalasz sobie w głowie, że masz depresję. To nie jest rzecz, do której masz ochotę się przyznać, to nie jest piesek ze schroniska, którego masz ochotę przytulić do piersi i zabrać do domu.
To bura suka ze wścieklizną, która pewnego dnia stanęła pod Twoimi drzwiami, Ty wpuściłeś ją do środka, a ona rzuciła Ci się do gardła i zniszczyła wszystko to, co było dla Ciebie ważne.

Człowiek nie jest pierdoloną maszyną do akceptowania każdej sytuacji, w której się znajduje. Kiedy się smucisz, ludzie mówią Ci: „nie smuć się, nie wolno się smucić”, kiedy płaczesz, mówią Ci: „nie płacz, nie ma o co”, kiedy chcesz zostać sam, słyszysz: „musisz wyjść do ludzi”. Dlaczego, kurwa, dlaczego? Na każdym kroku jesteś negowany. Czy człowiekowi bez nóg można powiedzieć: „daj spokój, przecież je masz”? Jak więc można człowiekowi bez sensu wmawiać, że wciąż jest w jego posiadaniu?
Życie jest kolorowanką, ale Ty nie masz kredek. Masz tylko te pierdolone kontury swojej pustej kolorowanki i zero pomysłu na ich wypełnienie.

Czy kiedykolwiek czułeś, że Twoja głowa jest kompletnie pusta? Czy czułeś kiedyś tak wielką wściekłość, że potrafiłeś godzinami siedzieć na krześle i zastanawiać się, co właściwie się z Tobą dzieje? Nie jesteś w stanie tego wyjaśnić, nikt nie jest w stanie Ci tego wyjaśnić i Ty nie jesteś w stanie wyjaśnić tego nikomu. Później przestajesz się zastanawiać, jesteś takimi zwłokami unoszącymi się na powierzchni swojego mętnego życia. Nie robisz kurwa nic, dryfujesz, jesteś zarazem na powierzchni i na dnie, nigdzie nie potrafisz złapać tlenu. Dławisz się dymem z fajek, których wypalasz dziesiątki, setki i tysiące. O ile na początku czujesz ból, tak później przestajesz odróżniać go od jakiegokolwiek uczucia.
Przestajesz wypędzać burą sukę ze swojego wnętrza; nawet nie zdołasz uchwycić momentu, kiedy pozwoliłeś, by spała z Tobą w jednym łóżku. Nie wiesz nawet, kiedy zacząłeś godzić się na to, by decydowała za Ciebie. To się po prostu stało.

Oddalasz się od ludzi, bo jest coraz więcej do tłumaczenia, a Ty rozumiesz coraz mniej. Czujesz się coraz chujowiej. Im chujowiej się czujesz, tym gorzej ich traktujesz, tym częściej ich zawodzisz, tym bardziej milczysz. Oni chcą, byś mówił, a Ty nie masz im nic do powiedzenia. Oni chcą Cię wesprzeć, Ciebie nie stać nawet na wdzięczność, bo nie stać Cię na nic, jesteś mentalną biedą. Jesteś jak rozhisteryzowana trzynastolatka pogubiona w swoim młodzieńczym buncie. Masz ochotę kopać ludzi po mordach i kazać im się odpierdolić, a pięć minut później stwierdzasz, że wystarczyłoby, żeby ktoś Cię kurwa przytulił. A potem sobie poszedł. A potem stwierdzasz, że jesteś zwyczajnie pojebany, więc najlepiej nie zarażać tym innych i zostać sam.

I zostajesz. Stajesz się starym babskiem, starą Zosią-Samosią, Zosią, co sama zasypia i sama pije kawę i piwo, i sama chodzi na spacery, sama na zakupy, sama słucha muzyki; „sama sobie poradzę” – i wybuchasz wewnętrznie śmiechem – tak, poradzisz sobie, debilu, powodzenia.

Ludzie radzą Ci zająć się czymś ciekawym.
Dobra – mówisz – spróbuję.
I zaczynasz robić ciekawe rzeczy, dopóki nie odkrywasz, że odwalasz jakiś szajs, że to jest jakieś straszne gówno, że to nie jest nawet w połowie ciekawe, a w dodatku jesteś w tym beznadziejny. To poczułam, kiedy uświadomiłam sobie, że dostałam pracę jako kelnerka w restauracji i nienawidzę tego, co robię, choć często zdawało mi się, że to jest to! Dobrze, wyszłaś do ludzi, rozmawiasz z nimi, uśmiechasz się do nich, zrobiłaś to, zuchu!
Wyszłaś z piwnicy, pokazałaś im wszystkim, że potrafisz, że stać cię na to.
A potem leżę w łóżku i myślę sobie: na co? Na to, że nawet nie potrafię świergotać jak inni, że kiedy idę do roboty, trzęsą mi się ręce, a potem wypada mi z nich cała taca pełna kufli i talerzy? Że czuję uderzenia gorąca, kiedy mam podejść do stolika i spojrzeć ludziom oczy?

– Przepraszam, co wchodzi w skład tego dania?

Mówię:

– Soczewica, soja, grillowane warzywa, cukinia i grzyby leśne. Bardzo polecam, miałam okazję spróbować!

Myślę:

„Chuj mnie to obchodzi, co jest w środku, w moim środku nie ma nic, a to, co ty masz na talerzu, ja mam głęboko w dupie, chcę wrócić do domu, nie chcę się do ciebie uśmiechać, po co ja się uśmiecham?!”.

Masz już takie wory pod oczami, że mógłbyś sprzedać tę opcję jako nowy patent na kitranie marihuany. Masz takie sińce pod oczami, że sąsiadka mówi Ci, że się rozmazałaś, ale nie daje rady zmyć tego śliną na palcu. I chudniesz, ale kiedy w wakacje marzyłeś o tym, by wyglądać jak teraz, nie spodziewałeś się jeszcze, że przejdziesz na dietę „Zapomniałem, Że Trzeba Jeść” i nie jesteś z siebie dumny. Twoja garderoba skurczyła się o wszystkie rozmiary, które wyglądają teraz jak jakieś płachty na słonie. I z pełną świadomością wciskasz ludziom kit, że wszystko u Ciebie w porządku. A potem zamiast spać, czytasz książki o chorobach psychicznych i psychopatach, by dowiedzieć się, czy przypadkiem nie odjebało Ci za bardzo.
Włosy wypadają kłębami, zęby bolą od szczękościsku, pięści od zaciskania.

Chcesz zniknąć. Nie, że zajebać się, bo nie każdy w równoległej sytuacji tego chce. Pstryknąć, zniknąć, wpisać kod objects_move_on jak w Simsach i wcisnąć delete.

Ale jest jeszcze coś takiego jak pierdolona walka. Głupia walka, głupi, groteskowy Ty z drewnianym mieczykiem w pluszowych rękach vs świat ciężkiego kalibru.
Myślę sobie, że niedługo przyjdzie wiosna, może deszcz zmyje gówna z trawników, ze mnie, z mojej kawy o 4 nad ranem, z mojej pościeli, moich uczuć i decyzji, które podjęła za mnie bura suka.
Właśnie dzisiaj, w środku nocy, postanowiłam sobie, że ten wpis będzie pierwszym krokiem do wyburzenia muru, którym się otoczyłam. Nie wiem jeszcze tylko, na ile w to wierzę.

Dzisiaj nie było zbyt zabawnie, bo nie zawsze musi być zabawnie. Czasem jesteśmy nijacy i czasem wszystko ma prawo takie być.

Ale pomyślałam sobie o jeszcze jednej rzeczy. Pomyślałam sobie o tym, że życiem rządzą cudowne przypadki. Kiedy byłam małą dziewczynką, Babcia zawsze dawała mi takie książeczki, w których trzeba było połączyć kropki. Wtedy powstawał obrazek.
Życie polega na tym samym. Każda chwila, każda jedna sekunda, myśl, każdy przypadek i decyzja jest kropką. Czym jest ta kropka? Na pozór niczym ważnym… na pozór. Bo tak naprawdę każda z nich ma znaczenie. Jednak tylko wtedy, gdy połączysz ją z poprzednią i następną. Tak, czasem jestem naiwna, wierząc w takie rzeczy. Mimo tego wierzę naprawdę – wszystko ma znaczenie. Może nawet ta bura suka nie bez powodu pojawiła się w moim życiu.

Nadal łączę kropki.
Trzymajcie za nie kciuki, a ja trzymam za Wasze.

„Zawsze nadzieja, zawsze ta kurwa w zielonej sukience”.

„przestań się dziwić, że masz ciągle pod górkę, skoro się pchasz na samą górę”.

Na początku chciałam bardzo gorąco podziękować pewnej młodej Czytelnicze za inspirację do napisania nowego wpisu.

„Mam takie wrażenie, że muszę nauczyć się mówić głośno i wyraźnie o tym, kim jestem, a nie krygować się i dopasowywać się do czyichś ram, paradoksalnie, jeszcze parę lat temu „wyrażanie siebie” przychodziło mi łatwiej, potem przyszła depresja i pojawił się wielki lęk, że ludzie nie zaakceptują mnie takiej i muszę udawać.. Czuję, że jeśli teraz się nie przełamię, to przez resztę życia ciągle się będę dopasowywać, a tego bym nie chciała. (…) I znów mi pomogłaś – zdaniem, że nie trzeba być najlepszym na świecie – zmagam się z chorą ambicją i stawianiem sobie poprzeczki na jakiś absurdalnie wysokim poziomie, a to znów generuje niepowodzenia i związaną z nimi frustracją (…).”

Nigdy nie będziesz najlepsza. Nigdy nie będziesz najlepszy.
Nigdy nie będziesz najlepszą pisarką, najlepszym aktorem, sprzedawcą, wokalistą. Nigdy Ci się to nie uda. Możesz próbować toczyć ten głaz pod górę, ale nie pomoże Ci to w staniu się Najlepszym. Staniesz się Syzyfem. Na świecie wielu jest Syzyfów, bo wszyscy chcieli czegoś innego, ale każdy z nich jest taki sam. Bo w gruncie rzeczy każdy chciał dokładnie tego samego: najlepszości.

Nie, nie mam na myśli tego, że lepiej porzucić wszystkie swoje ambicje, poddać się i skreślić swoje największe cele, sprzeniewierzyć siły.

Nie staniesz się najlepszy, bo nie istnieje ta jedna, jedyna miara najlepszości.

Kiedyś myślałam zupełnie inaczej. Chciałam być kimś ważnym, wybić się z tłumu, nie chciałam być byle jaka i nie chciałam być po prostu dobra. Ja chciałam być najlepsza i bardzo dużo czasu zajęło mi dojście do wniosku, że takim pragnieniem zmarnowałam wiele szans – tych mniejszych, z pozoru mniej cennych. Tylko z pozoru, bo gdybym potrafiła je wszystkie wykorzystać, ich wartość sumowałaby się i rodziła soczyste owoce.

Kiedyś wiele rzeczy byłoby dla mnie ujmą. Chciałam mieć wszystko od razu, teraz, nie za miesiąc, nie za dwa lata, kurwa, teraaaa, dawać wszystko tera!
Dostawałam tylko namiastkę satysfakcji, bo chciałam znaleźć się na szczycie, ale zamiast zapierdalać o własnych siłach pod górę, wjeżdżałam na nią kolejką i dziwiłam się, że brak mi wrażeń; byłam rozczarowana, że tam na górze nie ma nic ciekawego. Było, ale po drodze – skąd jednak mogłam o tym wiedzieć, skoro patrzyłam na wszystko z mojego wygodnego siedzenia. Na dupie.
Wiele pięknych rzeczy nie doświadczyłam, biegnąc przed siebie po omacku, nocą, we mgle. Biegłam ze wszystkich sił, a kiedy już dotarłam do celu, zapomniałam, co stanowiło mój cel i dokąd właściwie chciałam dotrzeć – i po co?

Nie nauczysz się życia w trybie „last minute”, nie ma takiej opcji. Możesz robić unik za unikiem, chować się pod kocem całe życie, drżąc przed rozczarowaniem i modląc się o sukcesy, błagając niebiosa o to, by nigdy więcej nie czuć smaku porażki.
Dlaczego tak bardzo boisz się przegrać? Musisz zdać sobie sprawę, że porażka i rozczarowanie to dwie najlepsze nauczycielki, które poznałeś w swoim życiu.
Bo najlepsze wnioski wynosisz z sytuacji, kiedy dostajesz od tego życia wpierdol.

Gdybyś nigdy nie wpadł w pokrzywy, nie wiedziałbyś, że lepiej je omijać.
Gdybyś nigdy nie schlał się ten pierwszy raz jak szmata, nie wiedziałbyś, gdzie nakreślić swoje granice następnym razem.
Gdybyś nigdy nie został skrytykowany, nigdy nie nauczybyś się samokrytyki. Nigdy nie nauczyłbyś się naprawiać swoich błędów.
Gdybyś zawsze dostawał na studiach 5.0 za nic, nigdy nie nauczyłbyś się starać.
Gdybyś nigdy nie został porzucony, nie uświadomiłbyś sobie, jak mocno potrafisz kochać.

To będzie banał – ale nigdy nie twierdziłam, że moje poglądy są tak głębokie jak Bajkał.
Nigdy nie będziesz tak dobry, by zdobyć uznanie wszystkich ludzi. Nigdy nie będziesz tak mądry, by znać odpowiedzi na wszystkie pytania tego świata. Nawet, jeśli masz ogromny talent, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie próbował zdeprecjonować wszystko to, co potrafisz i na co tak ciężko pracowałeś. Zawsze, ale to kurwa zawsze znajdzie się przynajmniej jedna osoba, która będzie próbowała Cię tego pozbawić, podciąć Ci skrzydła z zazdrości, że je posiadasz. Zawsze trafisz na malkontenta, któremu coś nie wyszło, więc Tobie też nie należy się nic więcej.

Twoje życie nie jest pierdolonym rankingiem wartości, konkursem umiejętności ani wyścigiem o medal.
Nie chodzi o to, by wiecznie być na prowadzeniu, zostawiając wszystkich w tyle. Walcz o siebie tak mocno jak potrafisz. Ale nie po to, by stać się Najlepszym.
Dla Ciebie najlepszy na świecie może być, nie wiem, pewnie Twój autorytet;  ja z kolei nie uznaję autorytetów, nie uznaję wzorów, schematów, reguł. Jeśli zamierzasz wspiąć się na szczyt wyłącznie po to, by patrzeć na innych z góry, krzącząc: „patrz, jak daleko zaszedłem!”, w pewnej chwili możesz poczuć ogromne rozczarowanie. Jedni pogratulują Ci sukcesu, inni nawet nie usłyszą Twojego krzyku zwycięstwa.

Od mojej nauczycielki w liceum bardzo często słyszałam, że to, co mówię jest „watą słowną”; ledwo zdążyłam otworzyć usta, a słyszałam: „ciekawiej, cieeekaaawiej…”, a moje wypracowania podsumowywane były dopiskiem: „BRAK WSTĘPU, ROZWINIĘCIA I ZAKOŃCZENIA”, „ZA DUŻO ROZMYSLAŃ”.
Gdybym uznawała tę kobietę za jakikolwiek autorytet, wyznacznik moich umiejętności, nigdy w życiu nie przeczytałbyś tego wpisu. Wyjebałabym maszynę do pisania przez okno, spaliłabym stosy kartek z zapiskami, pamiętniki, listy, opowiadania i przemyślenia. Do końca życia myślałabym o sobie, że jestem gówno warta, że moje usta są Fabryką Waty Słownej, że nikogo to wszystko nie obchodzi.
Przez te wszystkie lata myślałam sobie tylko: „jeszcze się kurwa zdziwisz” i mimo kolejnych porażek, myślałam tak do samego końca. Na każdej lekcji języka polskiego stawałam się świadkiem mojej własnej tragedii. Moje skrzydła wyrywane były razem z ramionami i kręgosłupem, ale dmuchałam na moje rany, wierząc, że nie zostawią po sobie blizn. Nie zostawiły. Zadrapania przestały mnie obchodzić dawno temu.

Bo wierzę, że jestem czymś więcej niż poglądy ludzi na mój temat. Nie tylko ja, Ty też.

To nie zwycięstwa nas kształtują, ale porażki. Kształtuje nas pierdolona krótkowzroczność innych ludzi. Każda noc, kiedy nasączasz poduszkę łzami, jest przełomem i jest Twoją wygraną, bo uświadamiasz sobie, że ból, który czujesz, musi zniknąć.
Nawet nie wiesz, jak wygląda życie ludzi, którzy według Ciebie wygrali wszystko. Skąd wiesz, że chciałbyś być na ich miejscu?

Wcale nie wiesz, gdzie jest szczyt.
I nie musisz tego wiedzieć, bo szczyt nie istnieje. Twój szczyt może okazać się czyimś pagórkiem.

To przykre, jeśli chcesz być kimś innym niż jesteś.
Jeśli mogę pozwolić sobie na taką szczerość – nawet, gdybym miała zamiatać liście albo być sprzątaczką, nie czułabym się przegrana, bo nie to wyznacza moją wartość. Nie muszę być najlepsza, nie muszę gonić za niczym.

Ciesz się ze swoich porażek. Dzięki nim jesteś w stanie zwyciężyć.

dobre rzeczy.

Dziś opowiem Ci o dobrych rzeczach. Pierwotnie chciałam nazwać tę notkę „dobre uczynki”, ale uczynki kojarzą mi się raczej z przymusem, z którego czerpie się jakąś egoistyczną satysfakcję, którą można pochwalić się przed innymi. Dobre rzeczy to takie niespodziewane, zgodne z Tobą, spontaniczne, zaskakujące nawet Ciebie samego. I, oczywiście, wiążą się z pewnym egoizmem, ale jest to rodzaj tego egoizmu, który niesie ze sobą ciepełko i radość. Mimo wszystko będę się dzisiaj chwalić i mam nadzieję, że i Ty pochwalisz się przede mną, co dobrego udało Ci się dzisiaj zrobić – w zgodzie ze sobą. Nie z przymusu. Dziś będziemy lizać się po dupkach i przytakiwać sobie, że dobro jest dobre, ale sądzę, że jest to o wiele lepsze niż nawoływanie do zabicia Trynkiewicza, czy tam inne rzeczy.

Opowiem Ci o rzeczach w moim życiu, które były słuszne. Było też całe mnóstwo tych niesłusznych, proste, że było. Ale na szczęście jest wiele takich, które pozwalają mi myśleć, że nie jestem takim hejterem, za którego mają mnie inni; że wcale nie jest tak, że nic mnie nie rusza i że w każdym z nas, pod tym grubym pancerzem chowa się człowiek, który nie skurwił się w jednym łóżku ze znieczulicą.

Moim natchnieniem stał się 13 marca. Niby 13, niby przesądy, niby miałam sądzić, że wszystko potoczy się nie tak. Jechałam do Żor, jechałam tam, by zrobić kolejną dziarę; nad ranem okazało się, że zgubiłam kartę do bankomatu i parę minut przed autobusem muszę zapierdalać do banku. O dziwo zdążyłam, zdążyłam dotrzeć do Katowic przed czasem; skitrałam się gdzieś za dworcem pks, zapaliłam z ulgą papierosa, ciesząc się, że moje nogi potrafią stanąć na wysokości zadania i nie zawieść mnie w krytycznym momencie.

Od tej pory zaczął się mój wspaniały dzień wspaniałych chwil i życzliwości. Podszedł do mnie jakiś starszy facet, którego wcześniej skwitowałam w myślach „burak”– i wyszeptał pod nosem:

– Malutka, zgaś tego papierosa…

W myślach oczywiście zdążyłam się podkurwić, że znów usłyszę: „taka młoda, a pali”, „taka ładna, a z papierosem w buzi”, ale nienienienie, nie tym razem.

-… bo tam policja spisuje za palenie i tu też nie wolno palić raczej. Szkoda pieniędzy na mandat.

Uśmiechnęłam się, zgasiłam papierosa i podziękowałam za ostrzeżenie. Usiadłam na ławce obok przystanku i nie minęła chwila, a z oddali zobaczyłam dziadziusia z walizką, idącego w moją stronę z najjaśniejszym uśmiechem na ustach. Odwzajemniłam uśmiech, a on zbliżając się ku ławce, zapytał:

– Czy mógłbym tutaj sobie usiąść z panią?
– Oczywiście, że tak.
– Nie obrazi się pani?
– A skąd, tu jest przecież tyle miejsca, proszę siadać!

… I po chwili rozmawialiśmy już o tym, że właśnie jedzie do Wisły, że ma tam swój domek, że wrócił ze Szwajcarii, ale tu jest jego dom i chce odpocząć od hałasu, ludzi, tłoku. Podał mi nawet adres tego domku.

– Jak pani będzie kiedyś w Wiśle, to proszę do mnie zajrzeć. Herbatki zrobię, pospacerujemy sobie, pośmiejemy się. Tam jest naprawdę bardzo ładnie!

Radość, która mnie ogarnęła, była niewyobrażalna. Obcy pan zaprasza na herbatę w górach i z taką radością opowiada o wszystkim, co przeżył. Największe zdumienie poczułam, kiedy nagle rzekł:

– Wie pani, u mnie wykryli raka. Ale byłem wtedy w Niemczech, to mi go od razu wycięli. Takie to było głupie – jaki rak, proszę pani? Powiedziałem lekarzowi, żeby mi tego raka wyjęli i schowali sobie do akwarium. I chyba tak zrobili, bo nic już mnie nie boli!

Po czym wybuchnął głośnym śmiechem, poklepując mnie po ręce, jak swojego kumpla od żarcików.

Okazało się, że jedziemy tym samym busem, więc rozmawialiśmy jeszcze prawie godzinę, opowiadając sobie rozmaite historie. Ja jemu o tym, że podróżowałam kiedyś stopem, on o swoich podróżach, które planuje. W końcu zapytał, po co właściwie wybieram się do Żor. Odpowiedziałam:

– Po to, czego nienawidzi moja mama. Po kolejny tatuaż…
– Matko Boska, niech pani tego nie robi! Ma pani jeszcze parę kilometrów na zastanowienie! Proszę do Wisły ze mną pojechać, pochodzimy sobie!
– Nie, nie, to pan powinien pojechać ze mną. Mógłby pan wytatuować sobie ten swój domek, na caaałych plecach! – odpowiedziałam, choć nie byłam pewna swojego żartu – w końcu dzieliło nas kilka pokoleń.

Staruszek niemal zakrztusił się ze śmiechu.

– Haha, nie moooogę! Niech pani jedzie. Ale gdybym miał broń, to bym panią specjalnie wystraszył, że jestem bandytą i dojechałaby pani do Wisły ze mną. I wyszłaby pani na tym dobrze, bo zapłaciła pani 8 złotych, a do Wisły trzeba 16, haha!

Ta podróż była niewiarygodna! Na koniec podziękowałam staruszkowi za wspaniałą pogawędkę, życzyłam udanego odpoczynku i wszystkiego dobrego. On znów poklepał mnie po ręce i odrzekł: „dziękuję, dziękuję. Pani też niech się trzyma ciepło i żeby ładne te malunki wyszły!”.

Tak niewiele trzeba, wiesz. Tak kurewsko niewiele trzeba, żeby dzień stał się cudowny. Wystarczy nie być gburem, nie być chujem i pozwolić komuś usiąść obok siebie. Człowiek może czuć się pusty jak swój portfel, a jedna głupota sprawia, że wypełnia się czymś innym, czymś lepszym; czymś, co ma dużo większą wartość niż jebane banknoty.

Po magicznym czwartku byłam pełna po brzegi. Właśnie wychodziłam na imprezę, kiedy ujrzałam z naprzeciwka panią idącą o kulach, targającą walizkę na kółeczkach, bardzo nieporadnie, z wielkim wysiłkiem. Przyznam – byłam już spóźniona i przez mikrosekundy wahałam się, co zrobić, ale w końcu zwróciłam się w jej kierunku:

– Pani będzie teraz wchodzić do klatki?
– Tak, tak, wchodzę – odpowiedziała, bardzo mocno zaskoczona pytaniem
– To ja pani pomogę.
– Tak? Naprawdę? Dziękuję… Niby tak blisko, a jednak…
– A jednak schody, wiem, wezmę tę walizkę, otworzę pani drzwi.
– Właśnie, schody… A to trochę ciężkie. Dziękuję pani, bardzo dziękuję. Do windy to ja już dojdę, dziękuję…
– Na pewno pani dojdzie?
– Na pewno, dziękuję jeszcze raz.

Człowieku. To było 10 metrów. Dla Ciebie to nic, taki dystans pokonujesz z palcem wiadomo gdzie. Dla kogoś to jest Kilimandżaro i przekonasz się o tym tylko wtedy, kiedy zechcesz się o tym przekonać. Nie jestem w stanie Ci tego wytłumaczyć.

Dla tych, którzy mnie znają, nie jest tajemnicą to, że przygarnęłam pod mój dach trzy koty i psa – i że byłabym w stanie przygarnąć ich więcej – gdybym tylko miała pewność, że nie umrzemy z głodu i smrodu. Niektórych może to bawić – świat chce zbawić, jeeebana. Nie zbawi świata, jebana.
Jestem jednak niemalże pewna, że skoro wszyscy myślą w ten sposób, spokojnie możemy cofnąć się do czasów wynalezienia koła. Dziś mamy dużo, mamy sporo więcej niż kiedyś; nawet mając minimum, możesz podzielić to minimum na pół i wciąż będziesz szczęśliwy. Nawet wtedy, kiedy nie ratujesz świata, ale jedno stworzenie – wtedy ratujesz cały jego świat. Nie, to stworzenie nie przyjdzie do Ciebie, mówiąc: „dzięki, stary. Jestem ci winny przysługę”. Nie, bo jest głupie jak but, ale świadomość, że kiedy za oknem śnieg tnie we wszystkie strony, a jakieś stworzenie śpi otulone ciepłym kocem jest warte więcej niż jakakolwiek przysługa. To jest przysługa, którą to stworzenie było Ci winne.

milosccierpliwa

I może bawi Cię to, że chowam nadmiar karmy w krzakach i cieszę się, że jej ubywa. Mnie nie bawi, mnie to cieszy.
Nie stawiam zwierząt ponad ludźmi, ale stawiam ich na równi. Nie godzę się na krzywdzenie ludzi, jednak w tym samym stopniu rozpierdala mnie przywiązywanie psów do drzew lub – jak w przypadku mojego psa – wyrzucanie ich do kontenera. W worku na śmieci. Jak śmiecia, który jest już stary, śmierdzi, zawadza, przestał być świeży, ładny i słodki, zaczął przeszkadzać. Nigdy tego nie zrozumiem i choćbym się zesrała, nie zrozumiem i nie chcę rozumieć. Jak można kochać ludzi, nie kochając zwierząt?

Ostatniego lata, po złamaniu żeber, postanowiłam wybrać się na krótki spacer, żeby nie skisnąć od odleżyn. Spotkałam psa. Wyglądał, jakby miał tysiąc lat. Chodził po omacku, po jezdni, miał kręgosłup na wierzchu, prawdopodobnie ani nie widział ani nie słyszał. Próbowałam go przywołać, ale spłoszyłam go. Spędzało mi to sen z powiek, szukałam go przez kilka kolejnych dni. I niby nie miałam się o co martwić – jest lato, nie zamarznie. Ale czy nie padnie od upałów? Kto jest jego właścicielem – miał obrożę, więc do kogo należy? W myślach widziałam skurwiela, który stołuje się w najlepszych restauracjach, a pies czeka na ochłapy pod stołem. I nie dostaje ich.
Kiedy kilka dni później spotkałam tego samego psa, serce prawie wyrwało mi się z piersi. Pobiegłam po koc, po wodę, jedzenie; jakiś chłopak zgodził się przypilnować psa, by nie uciekł za daleko. Pies ledwo stał na nogach, ale warczał. Po jego ciele chodziły robaki.

pies
Zawieźliśmy go do schroniska. Niedługo potem okazało się, że pies był ciężko chory, liczył ponad 15 lat, miał zakażenie skóry, nowotwór, a jedynym rozwiązaniem było uśpienie go, bo i tak był na wykończeniu.
Postanowiłam sobie twardo: „ja tak tego kurwa nie zostawię”. Pisałam sobie w głowie scenariusze, że znajdę właściciela, zmasakruję go argumentami, a potem ściągnę na niego najcięższą odpowiedzialność tego świata. Byłam rozgoryczona, wkurwiona i zdeterminowana.

Po wnikliwych dochodzeniach, zdobyłam adres. Wściekła i pewna siebie zapukałam do drzwi.
Kiedy otworzyła mi je 80-letnia pani o kulach, zamarłam. Po kilku minutach zgodziła się na rozmowę i to, co ujrzałam, zniszczyło cały mój pogląd na to, co zrodziła moja wyobraźnia. Malutkie mieszkanie, lamperia na ścianach, obdarte okna i niepełnosprawny syn w drugim pokoju.
Opowiedziałam starszej pani o tym, że jej pies został uśpiony, bo był konający. Że to ja zabrałam go do lekarza, bo nie byłam w stanie patrzeć na to, jak przemyka między samochodami.
Starsza pani rozpłakała się i otworzyła lodówkę. Łzy napłynęły do moich oczu w ciągu sekundy.
Na półkach stały puszki dla psa i masło. Nic więcej.

– Dawałam Kamie wszystko, co mogłam… Ona wpadła do studzienki kanalizacyjnej miesiąc temu i od tej pory ciągle chorowała… Nie miałam pieniędzy, żeby ją wyleczyć. Ja sama nic nie jadłam, żeby dać jej jeść, ale ona już nawet jeść nie chciała… Dobrze pani zrobiła, przynajmniej teraz nie cierpi. Ona zawsze tak wierciła się na łóżku jak szła spać… I zawsze tak mnie denerwowała, ale przynajmniej było na kogo powyzywać, jak nie miałam z kim rozmawiać…

Umarłam, wiesz. W tej chwili umarłam.
Nie myśląc zbyt wiele, zaciskając zęby, powiedziałam:

– A może pani potrzebuje jakiejś pomocy? Coś ugotować, posprzątać, umyć okna, wyprać coś?
– Kochanie, dziękuję… Ale nie ma nic za darmo, ja wiem.
– A tam nic za darmo, przecież to nic nie kosztuje. Proszę przyjąć pomoc. Przyjmie pani?
– No.. No przyjmę… Bardzo bym się cieszyła.

Pamiętam, że spędziłam całą noc, zastanawiając się, w jaki sposób mogę pomóc tej kobiecie.
Niewiele mogłam zrobić; doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że z połamanymi żebrami nie zdziałam zbyt wiele. Sama nie byłam w stanie wyjść na dłuższy spacer. Jak ty chcesz pomóc, głupia?
Dobra, może tym razem facebook przyda się do czegoś mniej gównianego niż zdjęcia moich kotów i chujowe piosenki, których nikt nie lajkuje.

„Hej wszystkim! Proszę, nie ignorujcie tej wiadomości.

Przejdę do rzeczy: organizuję zbiórkę żywności i wszelkich artykułów niezbędnych do życia- dla staruszki, która żyje w nędzy, jest bardzo chora i jedyne, co je, to chleb z masłem.
Wszyscy mamy ciężko, ale inni mają jeszcze gorzej… Byłam tam i widziałam- to naprawdę ciężki widok.
Czego potrzebujemy? Wszystkiego. Cukru, soli, herbaty, warzyw, produktów mrożonych oraz takich, które łatwo przyrządzić (kobieta chodzi o kulach, w ogóle nie wychodzi z domu). Potrzebna jest także chemia- proszek, mydło, szampon, płyn do mycia naczyń itp.
Mile widziane jest dosłownie wszystko, również ubrania, cokolwiek posiadacie, a moglibyście się tym podzielić. Rozejrzycie się po domu- jeśli każdy dołoży coś od siebie, zrobimy coś naprawdę wspaniałego.
Zbiórka trwa do końca tygodnia.
Tak czy tak, doprowadzę mój plan do skutku, ale każda pomoc byłaby nieoceniona.
Jak wiecie (lub nie ;)), ja sama ledwo się ostatnio poruszam, ale jestem gotowa spotkać się i odebrać to, co ewentualnie moglibyście przekazać tej osobie.
Sytuacja jest naprawdę krytyczna. Proszę o pomoc!
Jeśli jesteście w stanie pomóc, proszę o info zwrotne, ewentualnie kontakt telefoniczny. Z góry wielkie dzięki!”

Reakcja ludzi przerosła moje najśmielsze oczekiwania. W zaledwie kilka dni udało się zebrać tak wiele rzeczy, że zanosiliśmy je na kilka tur w wielkich kartonach.

rzeczy
Łzy starszej pani były dowodem największej wdzięczności. Pamiętam dobrze, że kilka dni wcześniejpowiedziała mi: „mam nadzieję, że życie jeszcze kiedyś się do mnie uśmiechnie”. Dobrze wiedziałam, że tamten dzień był właśnie tym dniem. I to nie był uśmiech życia, ale jej własny uśmiech.
Zrobiłam podobną zbiórkę kilka miesięcy temu.

Codziennie zasypiasz w łóżku w czystej, miękkiej pościeli. Starsza Pani, po otrzymaniu nowej pościeli, złapała się za głowę i powiedziała:

– Aleś mnie teraz wkurwiła! Ile mam za to zapłacić…?
– Niech mnie pani nie wkurza. Nic.
– Nie denerwuj mnie, Karolina, przecież to kosztowało majątek!
– A tam, były promocje, więc kupiliśmy. Nie chcę żadnych pieniędzy, to w prezencie dla pani od moich znajomych.

Kilka dni później odebrałam telefon:

– Jeszcze raz bardzo wam dziękuję. Nie spałam tak dobrze od dwudziestu lat.

Starsza pani stała się moją przyjaciółką. Nie, nie jest typem zgarbionej starej babci, które zachlipie Ci w rękaw. Nie dzwoni po to, żeby powiedzieć Ci, że jej życie jest ciężkie i nie ma siły. Dzwoni do oporu, dopóki nie odbierzesz, a kiedy odbierasz, dostajesz zjebę, że dopiero teraz: „Boże, ja cię kiedyś zabiję! Odbieraj ten telefon, bo już myślałam, że znów cię pieprznął samochód!”.
Czasem jest mi wstyd, że pipczę jak pisklak, że tak mi źle. A potem przenoszę się myślami do jej mieszkania i widzę szmaty wepchnięte pod drzwi. I ją opatuloną w koc.
Moje drogie życie, pozwól mi wygrać milion złotych, a dam jej starość, na którą zasługuje.

I, kurwa, nie zapomnę momentu, kiedy na Święta podarowała mi czekoladowego Mikołaja. Nie masz pojęcia, jak bardzo zadrżało mi wtedy serce.

Widzisz? Widzisz, kurwa? Nie widzisz; ja też nie widziałam, że kilka metrów obok mojego domu mieszka ktoś zupełnie sam. Ktoś, kogo nie spotkasz na ulicy i nie zapuka do Twoich drzwi, prosząc o pomoc.
Umrze po cichu, a Ty nawet nie dowiesz się, że istniał.

Wybacz ten piczkowaty wpis, równie dobrze mógłbyś puścić sobie w tle audiobooka Paulo Coelho, ale to są rzeczy, które powinieneś wiedzieć.
Jeśli masz rzeczy, którymi mógłbyś się podzielić – podziel się. Jeśli nie masz takich rzeczy – podziel się z kimś samym sobą.

Nawet, jeśli bywasz skurwielem bez serca.

zrozumiesz. jak dorośniesz.

Dziś sporo myślałam o rzeczach, które odkryłam dopiero po paru, jeśli nie po parunastu latach mojego egzystowania na tym ziemskim padole.
Nie wiem, czy to jakaś zdobyta mądrość życiowa; wątpię, jestem raczej głupia życiowo, ale przychodzą te chwile, kiedy zdaję sobie sprawę, że byłam naprawdę ciężkim do zniesienia bachorem. Najpierw bachorem, a potem gówniarą, która wymądrzała się na każdym kroku, zawsze wiedziała lepiej i jej jedynym celem życiowym było przeforsowanie wszystkich chuja wartych poglądów.

Pamiętam jak dziś majowe popołudnie, gdy stałam z koleżanką na pasach. Czerwone światło. Chwyciłam ją za rękę, przeciągnęłam na drugą stronę jezdni, krzycząc: „złam zasady, zanim one złamią ciebie!”.
Ależ jesteś wielce hardkorowa, Karolino, mistrzyni przekraczania granic szaleństwa.
Jednak zdaje mi się, że od tamtej pory to durne zdanie stało się moim życiowym motto. A może stało się nim już dużo wcześniej?

Nie skacz po tapczanie, bo złamiesz sobie rękę!

Co za bzdury, jak mam złamać rękę skacząc po tapczanie, przecież tapczan jest mięciutki jak kaczuszka, a moje 5-letnie kości twarde jak chuj. Oczywiście złamałam rękę, złamałam ją również po raz drugi w dniu ściągania gipsu, bo przecież nie można złamać ręki drugi raz. Niedługo potem złamałam ją po raz trzeci, potykając się o swoje własne kulawe nogi.

Nie wsadzaj palców do kontaktu!

Okej, palców nie wsadzę, ale nie było mowy o drutach i żarówkach. Prawda, braciszku?
Dziwię się, że jeszcze żyjemy.

Wróć na czas!

To zdanie – przyznaję – bagatelizowałam od najmłodszych lat. Zdarzało mi się przestawiać zegarek o kilka godzin wstecz i wmawiać rodzicom, że chyba się zepsuł, bo u mnie dopiero 19:00, więc to niemożliwe, że na wszystkich zegarach w domu jest już 21:00, jestem w szoku!
Z mojej perspektywy nie było powodów do paniki, po co ta afera, przecież siedzę ulicę obok na ławce i rozmawiam z równieśnikami o pierdołach. Teraz rozumiem, że na miejscu moich rodziców zesrałabym się ze strachu.

Póki mieszkasz pod naszym dachem, jesteś zależna od nas!

Po pewnym czasie to zdanie straciło swoją moc, bo stałam się już pełnoletnia i wielce zbuntowana, ale kuuurwa, przecież mówili mi prawdę – byłam tylko szczylem bez obowiązków i zmartwień. Jedyne zmartwienia, jakie wtedy istniały, były produkowane w mojej głowie i wtłaczane w życie rodzicieli. Miałam ciepłe łóżko, ciepły obiad, kanapki do szkoły i nadopiekuńczość, którą powoli zaczynam rozumieć. Dziecko dla matki pozostanie dzieckiem na zawsze, nawet w skórze czterdziestoletniego człowieka.

Kiedy nauczysz się gotować? A jak kiedyś twój mąż będzie chciał zjeść obiad, to co…?

To se zrobi sam, hehehehe! Hehehe, no chyba nie bardzo, bo mimo wszystko wydaje mi się, że kobieta powinna umieć gotować. Cokolwiek.
Ja nie potrafiłam nic, nie potrafiłam nawet włączyć piekarnika, a moja ignorancja doprowadziła mnie do momentu, kiedy uświadomiłam sobie, że mieszkam sama i chuja potrafię. Było mi wstyd przed samą sobą. Jak w ogóle, kurwa, robi się zupę? Jak robi się pierdolony obiad? Jak mogłam dopuścić do tego, że jestem tak niepełnosprawna kulinarnie? Nawet mając wszystkie produkty świata, nie potrafiłabym zrobić z nich niczego. Mogłabym jedynie posolić je moimi łzami rozpaczy i uciec do przeszłości, w której drwiłam z gotowania. Tylko po to, żeby strzelić sobie w pysk.
Zdaje się, że po latach odkupiłam winy i gotuję bardzo dobrze. Co więcej – sprawia mi to wielką przyjemność. No właśnie – po latach.

Przychodzę z pracy, a tu nic nie jest zrobione!

Nie było bardziej wkurwiających słów, gdy mama wracała z pracy. O boże, z pracy, i co z tego, przecież wszystko gra, ja siedzę na kompie i jestem w swoim świecie, nieumyte gary – chuj z tym, umyją się same, wiadomo, jakimś cudem zawsze są czyste, więc staną się takie kolejny raz, bez mojej ingerencji.
Dziś wiem, że czuła się, jakby wracała z pracy do pracy. Do domu, w którym miała odpocząć, a tymczasem nie zdążyła nawet zdjąć butów, bo jest już późno, trzeba zrobić obiad, trzeba zrobić coś dla kogoś, rzadko kiedy dla siebie. Pojmuję to dopiero dziś i żałuję, że dopiero teraz.

Ty nie jesteś „wszyscy”!

… Słyszałam to zazwyczaj po marnych tłumaczeniach, że: „wszyscy dostali jedynki” i „wszyscy mogą, a ja nie!”. Wkurwiałam się, że moje sukcesy były spychane na dalszy plan, a porażki przejaskrawiane. Teraz rozumiem, że nie o to chodziło. Nie o to, że byłam tą najgorszą, a wszyscy lepsi. To ja byłam w ich oczach tą najlepszą i życzyli mi najlepiej – a świadomość, że pierdolę sobie życie na własne życzenie rozrywała ich serca doszczętnie. Jak mogli chcieć dla mnie źle? Gdyby chcieli dla mnie źle, bez skrupułów poćwiartowaliby mnie na kawałki i rozrzucili po lesie, dając pożywkę sarenkom, mając w dupie moje durne decyzje, moje rozterki i niepowodzenia. Często mówiłam im, że są hipokrytami. Że pewnie w moim wieku robili dużo gorsze rzeczy – pewnie tak. Ale zwyczajnie chcieli dla mnie lepszego życia niż sami mieli. Chcieli powstrzymać mnie przed popełnianiem znanych im błędów i ich konsekwencjami. Nie zawsze potrafili wytłumaczyć mi, że wszystko sprowadza się do tego, że jestem dla nich ważna; ja sama również nie potrafiłam udowodnić im wdzięczności za życie.
Teraz staram się ze wszystkich sił, bo życie zapierdala, nie ma czasu na nieporozumienia i gniew. Nie mam już piętnastu lat.

Nie opij się.

I nie, nie chodziło wyłącznie o to, że gadanie z najebaną córką jest szczytem żenady. Być może chodziło też o to, że najebana córka może znaleźć się wśród niewłaściwych ludzi, w niebezpiecznym miejscu, w złym czasie. Może zrobić głupie rzeczy, bo jest najebana. Być może ktoś może chcieć ją skrzywdzić, a ona nie będzie w stanie się obronić. I znów chodzi o ten odmienny punkt widzenia. Ty wiesz, że pijesz na domówce, a potem kładziesz się spać. Masz te swoje osiemnaście lat, poznajesz tę utopię pijaństwa, życie zmienia barwy, wszystko jest w porządku. Twoja mama wyobraża sobie, że tracisz kontrolę, wychodzisz nocą na ulicę, a ktoś Cię gwałci lub zabija, a ona nie może zrobić nic, bo nie odbierasz telefonów. Odbierz ten pierdolony telefon.

Traktujesz dom jak hotel.

To zdanie kryje w sobie znacznie więcej niż słyszysz. Jestem przekonana, że nie znaczy tylko tyle, że widzisz się ze znajomymi i wracasz nocą. Nie znaczy tyle, że masz nowe hobby, pasje i poświęcasz temu wszystkiemu coraz więcej czasu. Jeśli słyszysz te słowa, oznaczają one, że rodzice Cię tracą i nie mogą się z tym pogodzić. Nie potrafią zrozumieć, że dziecko, które mieli do tej pory w zasięgu swego wzroku, powoli staje się kimś odrębnym, odciętym od ich świata, nieobecnym w ich życiu. Słyszą hałas Twojej wkraczającej dorosłości i staje się dla nich dźwiękiem głośniejszym od bomb. Zwiastunem braku kontroli nad życiem kogoś, kogo do tej pory wychowywali, dbali o jego bezpieczeństwo. A tymczasem jego bezpieczeństwo zaczyna powoli spoczywać w jego własnych rękach. Moje dziecko mnie nie potrzebuje. Moje dziecko niedługo pójdzie swoją drogą. Dom stanie się tylko ścianami, drzwiami i podłogą.
Opuściłam rodzinne strony już dawno temu, ale tamto mieszkanie nigdy nie przestanie być dla mnie domem.
Zrozumiałam to dopiero w momencie, kiedy przestałam zbierać opierdol za zbyt późne powroty, za zaszywanie się w swoim świecie i za nieobrane ziemniaki. I kiedy zaczęłam dzwonić do rodziców nie po to, by powiedzieć, że się spóźnię, ale po to, by spytać, jak się czują.

I zdrowia przede wszystkim. Bo zdrowie jest najważniejsze.

Dozgonna beka z tego zdania, które pada w chuj często; powtarzane jak mantra – zazwyczaj w bożonarodzeniowych życzeniach, w życzeniach urodziniowych, z okazji Dnia Dziecka, dnia kogokolwiek.
Zdrowie? Apffff, jestem młody, piękna, inteligentny, przebojowa. Chcę mieć zatem z tego tytułu w kurwę hajsu, w kurwę rozrywek, chcę wygodnego życia. Zdrowie ma przecież każdy, a ja chcę czegoś więcej.
A no, kurwa, chyba nie każdy to ma. Mam 26 lat, czuję się jak stara baba. Mam za sobą sryliard wypadków, upadków, najmocniej absurdalnych chorób, alergii, dolegliwości. Wiele dałabym za to zdrowie, które jest przecież najważniejsze. Bardzo życzę wszystkim, żeby byli przede wszystkim zdrowi, bo bez zdrowia nie ma ani hajsu, ani rozrywek ani wygodnego życia. A nawet jeśli to wszystko jest – i tak czujesz się tak, jakby Cię ktoś wysrał. Nie od zawsze było to dla mnie tak jasne jak tu i teraz.

Masz, tylko nie wydaj na głupoty.

Jestem szczęśliwa, że zostałam wychowana na człowieka, który nie musi mieć wszystkiego. „Dziś możemy mieć tak wiele – ale po co niby nam jest aż tyle?”. No właśnie – po co? Kupujesz drogie ciuchy po to, by podobać się ludziom, by stać się w ich oczach kimś atrakcyjnym. Ale po co potrzebni Ci są ludzie, którym podoba się tylko to, co nosisz na sobie i to, co posiadasz? Wiem, to są banały, ale wciąż wielu nie rozumie tych banałów.
Nie czuję się lepsza tylko dlatego, że wychowywałam się w biedzie. Nie mam prawa czuć się lepsza, ale czuję się lepiej, gdy pomyślę, że inni mieli być może drogie zabawki, a ja kołysanki, pieczątki z ziemniaków i wielkie marzenia. Dziś wciąż jestem tą samą osobą – wciąż bardziej wolę być niż mieć. A jeśli mieć – mieć szczęście, nawet jeśli jego fundament stanowią proste chwile i banały. Nie mam hajsu, nigdy nie chcę mieć tak wiele hajsu, żeby zapomnieć, że to tylko pierdolone papierki, za które kupię gówno, czyniące mnie kimś lepszym w oczach innych ludzi.
Oczywiście – ludzie potrzebują pieniędzy. Nie zrobię obiadu z dobrych chęci i nie założę mojemu dziecku wiary w spokojne życie zamiast ciepłych butów. Ale nie chcę mieć więcej niż to, czego potrzebuję, żeby żyć.

To są przyjaciele? Sprzedaliby Cię za 5 złotych!

Prawda. Prawda, której przeciwstawiałam się przez długie lata. Nie możesz tag do mnie muuuwić! Oni mi pomogo! Oni wyciongno mnie z bagna!
Buuuullllllsieeeeet.
Przyjaciel nie jest pierwszym lepszym gnojkiem, z którym napierdolisz się na imprezie. Przyjaciel nie jest kolesiem, z którym wyjdziesz na rolki. Wyjdź sobie na ulicę i spytaj byle kogo, kto się z Tobą napije. Wielu. A potem wyjdź ze swojej głowy i zastanów się, kto będzie przy Tobie, kiedy znajdziesz się w piekle. Być może nikt, bo gdyby był Twoim przyjacielem, nie próbowałby wyciągnąć Cię z piekła, ale poszedłby tam razem z Tobą i szedłby z Tobą ramię w ramię, szukając wyjścia. To jest dla mnie przyjaźń. Nie żyj złudzeniem, że zrobiłby to każdy, z kim pijesz piwo co piątek. Bardzo możliwe, że większość z nich zniknęłaby z powierzchni Ziemi przy pierwszym lepszym zefirku, a co dopiero mówić o większych żywiołach i katastrofach. Sprzedaliby Cię za nie za pięć złotych, ale czypiendziesiont.

Wszystko przychodzi w chwilach, kiedy jesteś sam.
Wszystko rozumiesz, kiedy dorastasz.

pierwsze kroki w nowym życiu / typy klientek

Witajcie!

Jestem w szoku, że od ostatniego wpisu minęło tak wiele czasu. Nie powinnam być co prawda w szoku – wielokrotnie przypominaliście mi o tym komentarzami, postami i mailami – dziękuję za to. Moje statystyki osiągnęły już pewnie poziom Rowu Mariańskiego, ale nigdy nie zamierzałam się tym przejmować. Nie zrozum mnie źle – to wszystko zawsze było dla mnie ważne, ale rzeczywistość narzuciła mi zupełnie inne priorytety. Zaczynam tę notkę po raz tysięczny, a jeśli właśnie przesadziłam – na pewno po raz szesnasty. Są takie chwile, kiedy chcesz za bardzo, a im bardziej chcesz, tym bardziej na to srasz, bo ogarnia Cię bezsilność. Porównałabym to do stanu, kiedy jesteś kurewsko śpiący, masz halucynacje, ale łudzisz się, że kolejna kawa przywróci Ci życie. Ja postanowiłam się wyspać.

Wracam, by podzielić się z Wami częścią mojej nauki chodzenia na nowo. Dzielę się, choć powroty bywają bardzo trudne.
Wiesz, to trochę takie uczucie, jakbyś w pewnym momencie musiał pozbyć się całej wiedzy na temat wszystkiego, czym byłeś do tej pory; taka przymusowa amnezja, mająca przystosować Cię do nowego życia.
Zapomnij, że przez ostatnie lata Twoje oczy widziały pory roku tylko z prognoz pogody na onecie – a i tak nie robiło Ci to większej różnicy, bo wychodziłeś z domu tylko po bułki, fajki i po to, żeby wysrać psa.
Prawdę mówiąc, sama nie wiem, co robiłam zeszłej wiosny, co sprawiło, że przegapiłam wiosnę dwa lata temu.
Z zimy pamiętam tylko tyle, że czasem padał śnieg, ale czy padało bardzo? Nie wiem, nie pamiętam tego krajobrazu. Nie patrzyłam ludziom w oczy, patrzyłam na ich życie przez monitor.

Czasami życie stawia Cię w sytuacji, kiedy musisz coś więcej. Choć nie umiesz, nie wiesz jak, nikt nie nauczył Cię czegoś, co teraz kurewsko by Ci się przydało. Grasz w grę, której nie przejdziesz na kodach typu „klapaucius;!;!;!;!;!;!”. To jest gra o Twoje małe-wielkie marzenia.

Tak widzisz to w swojej głowie, ale przyjmijmy wersję bardziej przyziemną, bez tej całej walecznej otoczki.

Pracujesz z klientami. Żywymi. Sprzedajesz im używane ubranka w swoim własnym, wymarzonym i dopieszczonym sklepiku. Starasz się być miły, bo z natury jesteś miły, lubisz być miły, lubisz uprzejmość, podoba Ci się łagodne podejście do wszystkiego; jeśli nie musisz – nie robisz nikomu pod górkę i jedyne, czego chcesz, to spokojne i dobre życie.

Nope, łatwowierny głupeczku. Nie bądź naiwny, załóż na dupę pancerz i żryj codzienność. Polub ten cierpki smak.
Żeby nie było – naprawdę, ale to naprawdę lubię moją pracę. Staram się bardziej niż kiedykolwiek, bo w życiu bardzo brakowało mi starania się. Ale, do chuja, są pewne granice, nie sądzisz?

Porozmawiajmy dzisiaj o pracy, o ludziach, o wkurwieniach i uniesieniach, czyli o tym, co wychodzi mi w życiu najlepiej. Nie skupiam się na sytuacjach, raczej wyciągam wnioski z ludzkich zachowań i te wnioski bywają naprawdę gorzkie. Sprostuję, zanim zostanę nazwana królową spiętej dupy: większość ludzi, z którą miałam styczność, to byli naprawdę wspaniali ludzie. Uprzejmi, weseli, kulturalni. Z niektórymi z nich jestem już na „ty”, bo rozmawialiśmy nie tylko o rozmiarach spodni i pogodzie, ale o wielu ciekawych sprawach. W biegu, bo w biegu, ale tylko i wyłącznie dzięki nim wierzę w to, że to, co robię, ma sens.
Ale – jak wiadomo – skoro istnieje większość, istnieje także mniejszość i o niej również chciałabym wspomnieć.

Ludzie są odrażający. Ohydni, śmierdzący; z tym, że często to nie ich ciała śmierdzą, ale mentalność. Ich głowy jebią na kilometr, a ich brudne mózgi są wyczuwalne już od wejścia. Gdyby dało się umyć podejście do życia, podarowałabym im tony mydła. Ale to nie jest brud, to są rany na życiu, a mycie ran nie sprawi, że nagle odrodzą się w piękny, zdrowy naskórek.
Ludzie są chamscy, bezczelni. I nie świadczy o tym używanie wyzwisk, bo można być chujem nawet cytując poezję. Ludzie są marudni i marni. Czasem na myśl, że muszę wstać do pracy, chce mi się czystofizycznie rzygać, kiedy pomyślę, jak wielu ich spotkam. Szybko powstrzymuję tę falę obrzydzenia, bo równoważy ją fala wiary w ludzi, ale czasem jest to jak starcie dwóch żywiołów o podobnej sile.
Ludzie nie mają szacunku do ludzi. Ludzie żądają, ludziom się należy, ludzie nie znoszą sprzeciwu, ludzie chcą przewyższyć Cię o głowę, którą Ci odjebali. Ludzie mają zepsute emocje i zepsute wnętrza. Totalnie chujowo umeblowane wnętrza samych siebie.
Pisałam już notkę na temat typów ekspedientek. Teraz stoję po drugiej strony lady i chciałabym opowiedzieć Ci o typach klientek.

 

cryyyyyyyyy

1. Klientki, z którymi mogłabym iść na piwo, a nawet dziesięć.

Uwielbiam kobiety, które przychodzą do mnie z uśmiechem. Ta głupia radość udziela mi się w ciągu sekundy i odzyskuję wiarę, którą czasem zdarza mi się utracić. Nie żądają, właściwie niczego od Ciebie nie chcą; nie tylko nie są inwazyjne, ale przebywają w sklepie tylko po to, żeby wymienić z Tobą kilka słów. O niczym właściwie, o życiu, o tym, że mają wielką dupę i bardzo chciałyby wcisnąć ją w coś ładnego.

„Przestań, jak coś to powiesz, że masz dupę jak Beyonce. Przecież lepiej powiedzieć, że masz dupę jak Beyonce… niż, że masz dupę jak szafa…”

„No ale przymierz… to tak się tylko wydaje, że jest się grubym.”

Kurwa, kocham, kocham przemocarnie.

To są te przemiłe panie, które mogłabym gościć codziennie, te panie, które nie stękają, te panie, które doceniają siły i serce włożone w to wszystko. Panie z dystansem, które nie mówią: „ta sukienka jest chyba na niemowlę”, ale „no, jak kiedyś schudnę, to może. Czyli nigdy, hahaha!”.
To nie muszą być grube kobiety, nie w tym rzecz. To są istoty, które potrafią zrozumieć, że jesteś człowiekiem, a bycie ekspedientką nie czyni Cię popychadłem i robotem.

2. Klientki „Jestem-Artystką-Wszystko-Mi-Się-Należy”.

– Czy dostanę czerwoną chustkę?
– Mamy tylko to, co leży na tej półeczce, czerwonej niestety obecnie nie.
– Ale ja potrzebuję czerwonej, może poszuka pani na zapleczu?

[Nie ma kurwa problemu, chętnie przejrzę 50 kg ciuchów 5 minut przed zamknięciem]

– Na zapleczu leżą rzeczy, które jeszcze nie zostały przejrzane i wycenione.
– To może pani przejrzy?
– Przykro mi, zaraz zamykamy.
– Ale tak na szybko???
– Niestety nie.
– A ma pani taką spódniczkę w kratkę w stylu Anime?

[Pokazuję spódniczkę w kratkę]

– Za długa. Mogłabym ją obciąć, ale nie mam czasu. Nie ma krótszej?
– W takim stylu jest tylko taka.
– A w innym stylu?

[@*#*$@!!!!#$*$!!]

– W jakim konkretnie?
– W innym.

[#$&*@*#*@$*$@!!!!!!!$%@!]

– Wszystkie spódniczki wiszą na tym stojaku, może pani jeszcze przejrzeć.
– Aha, a są może jakieś kreacje z falbanami, takie kostiumy?
– Nie posiadamy kostiumów.
– A jakieś odblaskowe?

[Pokazuję dwa odblaskowe topy]

– Za bardzo odblaskowe, są mniej odblaskowe jakieś?

– Nie ma.

– A SKĄD PANI WIE?

[NO KURWA MAĆ!!!!]

– Bo tu pracuję?
– A nie znalazłaby pani jakiś szortów krótkich?

[Pokazuję wszelkie możliwe szorty…]

– Za małe. Są na zapleczu większe?

[OCZYWIŚCIE KURWA, NA ZAPLECZU MAM RÓWNIEŻ UKRYWAJĄCEGO SIĘ ELVISA PRESLEYA, STADNINĘ KONI, MORZE BAŁTYCKIE, MÓJ HAJS Z PIERWSZEJ KOMUNII ŚWIĘTEJ, ZĘBOWĄ WRÓŻKĘ I LUDZI ZAGINIONYCH W TRÓJKĄCIE BERMUDZKIM]

– Większe szorty wiszą na środkowym stojaku. Jakiego rozmiaru pani poszukuje?
– Nie mam czasu ich oglądać. Wezmę te dwie odblaskowe koszulki. Ile mi pani za nie policzy?
– Ta jest za 10, a ta za 7, więc poproszę 17 złotych.
– Myślałam, że jakoś mniej mi pani powie…

– Dlaczego?

.

.

.

– NO BO JAK BY NIE BYŁO… TO ROBIĘ PANI UTARG.

3. Klientki „A-Będzie-Jakiś-Rabacik?”.

Zdaje mi się, że istnieje jakiś odwieczny spór na temat przyznawanych rabacików.
Umówmy się: nie ma sprawy. Żadna cena nie jest ostateczna. Klient ma prawo. Warto spytać; warto, szczególnie w takich miejscach jak moje.
Ale nie w sytuacji, kiedy jesteś gburowatym babskiem, które jest niemiłe od samego wejścia, kiedy wchodzisz bez „dzień dobry”, kiedy nawet nie starasz się okazać jakiegokolwiek szacunku, kiedy uważasz, że rabacik należy ci się za sam fakt wtoczenia się do sklepu o własnych siłach. Kiedy słyszę słowo „rabacik” wychodzące z tej ponurej i zrezygnowanej twarzy, chce mi się rzygać, naprawdę. Czuję się sponiewierana jak śmieć.
Czuję się tak, jakby ktoś podszedł do mnie na ulicy i powiedział, że chce pinć złoty, bo tak, bo ma prawo, bez powodu chce tego ode mnie.
I nie chodzi o moją chciwość. Nigdy nie miałam problemów z „rabacikiem”, kiedy uprzejma klientka spytała: „przepraszam, czy cena na metce jest ostateczna?”, „czy zamiast 15 złotych mogłabym dogadać się z panią na 13?”, „czy można troszkę ponegocjować?”.
Oczywiście, że możemy ponegocjować. Kiedy w restauracji kelner doskonale Cię obsłuży i jeśli masz taką wolę, możesz dać mu napiwek. Kiedy jesteś serdecznym klientem, możesz liczyć na to, że sprzedawca przyzna Ci rabat – nawet, jeśli o to nie prosiłeś.

Ale nie kurwa w sytuacji, kiedy używany t-shirt w bardzo dobrym stanie kosztuje 7 złotych, ty żądasz rabatu, po czym wyrzucasz (dosłownie – wyrzucasz) stówę z portfela, jak psu. Nie, nie oszukujmy się, nie ma nic za darmo. Uprzejmość jest bezcenna i popłaca, naprawdę, naprawdę, naprawdę.

4. Klientki bardzo, bardzo niepokojące.

Jakiś czas temu uczestniczyłam w przechorej sytuacji, którą ciężko wymazać z mojej doskonałej pamięci.

Oczywiście – bo jakże inaczej – 5 minut przed zamknięciem przychodzi do mnie starsza kobiecina. Nie wzbudza moich podejrzeń, bo jest zwykłą kobieciną. Do czasu, kiedy nagle wchodzi mój facet i po chwili wychodzi na zewnątrz.

– To był szef????
– Mój narzeczony.
– Boże… i jak to dalej będzie.. – mówi wielce zatroskana
– Ale… co jak będzie..?

.

.

.

– Przepraszam, ale czy doszło już do JAKIEGOŚ ZBLIŻENIA SEKSUALNEGO?

Zbieram z podłogi moje własne flaki i odpowiadam:

– Przepraszam, ale nie chcę z panią rozmawiać o takich sprawach.
– Ja też byłam kiedyś z takim bydlęciem. Miał TAKIEGO penisa i kiedy już we mnie wszedł, to modliłam się, żeby wyszedł. Wszystkie meble w środku mi poprzestawiał. Ale na szczęście zrobił mi przysługę i znalazł sobie kochankę. A wie pani, że szycie spódnicy jest bardzo proste???

I tu nastąpiło rozrysowywanie wykroju spódnicy, nie wiem po chuj, krok po kroku, przerywane co chwilę moim: „proszę pani, już zamykamy”. Ale pani nie odpuszczała. Oglądała ciuch za ciuchem, nawet 20 minut po zamknięciu, a ja zaczęłam czuć się przerażona.

Moja krew była już przegotowana, paliłam się jak stary gar, aż w końcu, 40 minut po czasie, pani dała się wyprosić. Zaznaczając, że zjawi się we wtorek. Od tej pory każdy wtorek to dla mnie emocjonalne rozwolnienie i strach, że ONA-TU-WRÓCI.

5. Klientki „gówno-tu-znalazłam”

Wchodzi taka do sklepu.

– GÓWNO TU ZNALAZŁAM.

Wychodzi ze sklepu.

6. Klientki nie mające zupełnie nic do powiedzenia.

Wchodzi klientka, mówię więc:

– Dzień dobry!,

choć miło byłoby, gdyby to ona przywitała się pierwsza. Ale nie robi tego.

– [cisza]
– Jeśli to panią zainteresuje, mamy teraz rabat na wszystkie ubrania. Minus 30% od cen na metkach.
– [cisza]

Bierze ubrania do przymierzalni, zazwyczaj w chuj wiele, wychodzi z przymierzalni bez słowa, mówię:

– Proszę położyć na ladzie, ja sobie poodwieszam wszystko.
– [cisza]

Wychodzi. Bez słowa.

No kurwa, JAK? Gdyby był to pojedynczy przypadek, uznałabym, że ktoś jest niemową, ale to nie jest pojedynczy przypadek. Przecież nie proszę nikogo o zdradzenie tajemnic swojego życia, więc skąd to milczenie? Czuję się wtedy trochę tak, jakby ktoś wszedł do mojego mieszkania, zjadł w milczeniu mój obiad, przespał się w moim łóżku, wykąpał się w mojej wannie i wyszedł jak gdyby nigdy nic.

7. Klientki „WSZYSTKO-SPADA-Z-TYCH-WIESZAKÓW”.

Dziwne, kurwa, bardzo dziwne, skoro przegląda się ubrania w takim tempie, jakby za sekundę miał nastąpić poród i nie ma czasu do stracenia. Wszystko leci z tych wieszaków! Aż mi się odechciewa tu być!

No tak, ale przecież jesteś tu za karę i nie masz możliwości zmiany tego stanu rzeczy. Wiadomo.

8. Klientki zakochane we wszystkim.

A ja zakochana w nich. Zakochane po uszy w kolorze ścian, w żurawiach z papieru, w czystej podłodze, w wyprasowanych ubraniach, w każdej sekundzie przebywania w tym miejscu. Zakochane w każdej rzeczy, nawet takiej, która na nie nie pasuje, ale „ona jest piękna, cudowny materiał, bajka”, w czterech ścianach, w których mogłyby mieszkać, „jest tak przytulnie”.
Chichram się najmocniej, kończę pracę wyjebana i szczęśliwa, bo nie jestem panią ekspedientką, ale „miłą panią”, która nie wyszła ze sklepu, ale z „bardzo ładnego miejsca”.

Przykład. Przychodzi elegancka kobieta. Rozgląda się, ogląda rzeczy i oznajmia:

– Proszę pani. Super tu jest. Bo ten sklep tam po lewej… To tam za przeproszeniem… TAK JEBIE…

9. Klientki „tu-wcale-nie-jest-tak-tanio”

– Ile te spodenki?
– 14 złotych.
– Uuuuuu, tu wcale nie jest tak tanio jak myślałam.
– Ale, proszę pani, te spodenki mają metkę, więc nie były noszone, nie mają nawet żadnych skaz, więc nie wydaje mi się, żeby to było bardzo drogo.
– Ale są używane, to drogo.
– Jak pani uważa, dla każdego „drogo” i „tanio” oznacza co innego.
– Drogo to drogo. A tanio to tanio. To jest akurat drogo i to jest zdzierstwo i rozbój w biały dzień.

Ok.

Wiesz, co jest dla mnie rozbojem w biały dzień?

To, że ludzie nie mają mózgu. Bardzo zadziwia mnie ta ludzka frustracja, te plwociny wylewające się podczas kontaktu z drugim człowiekiem.
Jeśli nie stać mnie na samochód, nie mówię sprzedawcy, że samochód jest drogi i chujowy, tylko wychodzę. Nieważne, co wtedy myślę. Mogę sobie myśleć, co chcę. Sprzedawca chuj. Samochód zjebany. Ludzie kurwy. Ale kogo obchodzą moje frustracje?
Ja wiem, że to trudne czasy i odliczamy hajs do dziesiątego. Wiem, że każdy ma w życiu problemy, małe lub jebitnie wielkie, nie do przezwyciężenia. Nie każdy ma ochotę się uśmiechać.
Ale pani, która sprzedaje Ci ziemniaki czy cokolwiek innego, nie uczestniczyła w procesie spierdolenia Twojego życia, więc miej na tyle szacunku, żeby ją tym nie obarczać. I wcale nie jesteś od niej lepszy. Możesz każdego poranka zakładać garnitur zamiast dresu, ale na tym ziemskim padole znaczycie dokładnie tyle samo.

Jaki z tego morał? Miej szacunek do człowieka, człowieku.

co wkurwia mnie w ludziach?

Okej. Aby równowaga we wszechświecie została zachowana, dziś popełnię tekst o tym, co wkurwia mnie w ludziach. Celowo nie piszę tekstu o tym, dlaczego nienawidzę ludzi, bo byłoby to sporym nadużyciem i minęłabym się z prawdą. Wiadomo, nikt nie jest doskonały – i zajebiście. Dlatego właśnie obnażam niedoskonałości. Sama też nie jestem doskonała i jestem pewna, że znalazłbyś we mnie około 38439582 cech, za które miałbyś ochotę w najlepszym wypadku skopać mi dupę, a w najgorszym zmusić do zjedzenia smalcu. Nie szkodzi; nie oszukujmy się, każdy z nas jest tak samo fajny, jak chujowy. Nie szkodzi.

Ludzie, którzy negują wszystko.

… i nieważne, czy mówisz o tym, że boli Cię ząb, czy o wpływie picia koktajlu z jeżyn na prędkość galopu koni. On nigdy nie przyzna Ci racji – nie wiadomo, dlaczego; on sam nie wie, dlaczego, ale jest pierdolonym ekspertem, podda w wątpliwość wszystko to, co Ty przedstawiasz jako żelazny fakt. Boli Cię ząb? Ta, akurat, ząb, to na pewno nie ząb, co Ty opowiadasz. Myślisz, że jesteś inteligentna? Oj, nie wydaje mi się. I ta praca niby jest fajna? No nie sądzę. Istotne w jego wypowiedzi jest używanie słowa „niby”. Taki człowiek nie powie Ci: „słyszałem, że jutro idziesz na randkę”, ale rzeknie: „słyszałem, że jutro NIBY idziesz na randkę”. I nagle czujesz, jakby prosto w twarz mówił Ci: „niby Ty? Weź przestań, kłamiesz, na jaką randkę niby, niby jak – niby z takim ryjem?”. Rozmowa z nim jest niezwykle męcząca, bo stale musisz udowadniać, że jest jak jest, nawet jeśli chodzi o pierdołę. Wciąż czujesz się jak na przesłuchaniu, winny, pod ostrzałem, a kiedy wracasz do domu, mówisz sobie w myślach: NIGDY KURWA WIĘCEJ. Zanim jednak wrócisz do domu, usłyszysz: „taaa? Wracasz do domu, bo musisz wcześnie wstać… mhm, lepiej powiedz, że nie masz ochoty ze mną siedzieć”.

Ludzie, którzy nie pojmują ironii/absurdu.

Miewam wielki problem z sytuacjami, kiedy rzucam czymś kompletnie z dupy, a ktoś odpowiada lodowatym jak moje stopy: „bawi cię to?”. I co mam kurwa odpowiedzieć, nawet nie wiem, czy bawi mnie to, co powiedziałam. Powiedziałam to powiedziałam, na chuj drążyć. Zawsze wtedy mam ochotę rzucić: „zrozumiesz, o co mi chodzi, kiedy wymontujesz kij z dupy”, ale nie chcę się pogrążać. Po prostu martwi mnie traktowanie wszystkiego zupełnie na serio.

Ludzie, którzy wiecznie zrzędzą.

Wiesz, co mam na myśli? Za każdym razem spotykasz ten sam Skwaszony Ryj i za każdym razem zastanawiasz się, co masz zrobić. I gdyby jeszcze ten ktoś poprosił Cię o radę, o pomoc, wsparcie – nie. On nie jest przygnębiony. On jest kurwa wiecznie niezadowolony. To typ człowieka, który dostaje w szkole 5+, wykłóca się o 6, dostaje 6, ale jego ryj jest nadal skwaszony, a on sam urażony faktem, że skala ocen jest tak uboga, tak wąska, tak niesprawiedliwa. Jesteś worem, do którego wkłada chujowe rzeczy, a każdy Twój argument zbija kontrargumentem przesyconym marudnością, bezsensem i nieuchronną zagładą. Ty spędzasz wakacje w mieście, on wyjeżdża na wakacje życia, ale po powrocie i tak powie Ci, że było do dupy, bo ziarenka piasku na plaży właziły mu między palce i do pępka. Skandaliczne!
Jest jak te rozpieszczone dziewczynki z „My sweet sixteen”, które dostają Porsche, ale srają z rozpaczy, bo auto ma kolor #cc0033, a miało być #ff66ff. Skandaliczne!
Piwo jest zawsze za ciepłe, w pracy komputer za wolny, pasta do zębów zbyt miętowa, życie męczące, a ludzie kurwy.
Człowiek Skwaszony Ryj może być mylnie odbierany jako ambitny; w rzeczywistości jest po prostu malkontentem, który nie wie, czego chce, ale chce tego więcej, chce tego natychmiast i w zupełnie inny sposób niż ma obecnie.

Ludzie, którzy chcą zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko.

Z takim podejściem miałam do czynienia głównie w kwestii mężczyzn.
Poznałam kiedyś faceta, który zdawał się lecieć na mnie jak pies na zboże, ale on tak naprawdę nie wiedział, on trochę chciał, trochę nie chciał, a trochę było mu to obojętne. Najpierw oczywiście chciał bardzo, a potem okazało się, że jednak to nie ten czas; stale powtarzał, że ma wszystko na świeżo, że chce się wyszaleć, zostańmy przyjaciółmi (khkhkhkhkhkhkhk). A kiedy ja, zniechęcona ciągłym odpychaniem i zwodzeniem, z honorem postanowiłam zrezygnować z tego cyrku, on ujrzał mnie z innym mężczyzną i wysłał smsa o treści: „ZDRADZASZ MNIE?”. Uśmiałam się po pachy, zrywając wszystkie posiadane boki.
To najlepszy przykład Człowieka Chcę Zjeść Ciasteczko i Mieć Ciasteczko.
Coś na kształt: ja co prawda nie chcę z Tobą być, ale chcę, żebyś była wtedy, kiedy ja tego chcę i nie chcę, żeby miał Cię ktoś inny.
A potem okazuje się, że ani ciasteczka nie zjadłeś ani go nie masz, bo ciasteczko dawno spleśniało, wyrosły mu nóżki i spierdoliło z pudełeczka.
I w dodatku teraz ono nie chce Ciebie.

Ludzie z Syndromem Atencjusza.

Nie, to nie są dusze towarzystwa. To nie są ludzie, których chce się słuchać, którzy wyróżniają się błyskotliwością, ciętą ripostą, humorem, ciepłem i tą fantastyczną dobrą aurą, którą niektórzy rzeczywiście posiadają.
To tacy, którzy chcieliby mieć to wszystko, ale żadna z tych rzeczy nie wychodzi, a już na pewno nie dzieje się w sposób naturalny. To typ człowieka, który aby zdobyć uwagę całego towarzystwa, byłby w stanie, ja nie wiem, rozłożyć sobie parasol w dupie, tańczyć na parapecie 11 piętra owinięty w folię aluminiową, wybić sobie zęby patelnią, by choć przez chwilę znaleźć się w centrum uwagi. To nie są ludzie szkodliwi. To tacy, za których w głębi duszy się wstydzisz, ale myślisz sobie, że to, co robią jest tak jakby… pociesznie głupie.

Ludzie „ja, mnie, moje”.

Przytoczyłam w jednej z notek przykład takiego człowieka, ale uznałam, że zasługuje na dużo większą uwagę.
Człowiek, który we wszystkim, co mówisz, odnajduje analogię do swojego życia. Olewa ciepłym strumieniem moczu to, co masz mu do przekazania. Wysłuchuje tego wyłącznie po to, by wpierdolić się w środek zdania i udowodnić, że to, co ma do powiedzenia jest o wiele superowsze niż Twoje marne opowiastki. Domeną takich ludzi jest również to, że chętnie opowiedzą Ci po raz setny tę samą historię, dokładnie w ten sam sposób – i będą oczekiwać, że Twoje zainteresowanie wciąż będzie studnią bez dna. Znasz to uczucie łapania oddechu, by znaleźć w ich potoku słów maluteńką szczelinę, w którą zdołałbyś wcisnąć choćby jedno zdanie? Znaaasz to.
Przykład sprzed kilku dni. Spotykam się z panią X i panią Y.

X: Pracowałam kiedyś w Domu Dziecka; tyle smutku i tyle goryczy w życiu się nie najadłam, Karolina. W życiu…
Y: ZJADŁABYM COŚ KWAŚNEGO…
X: [próbując ignorować wtrącenie z dupy] I te malutkie dzieci pozostawione sobie…
Y: NA PRZYKŁAD, HMM, JAKIŚ KAPUŚNIAK… ALBO NIE, NIE KWAŚNEGO, MOŻE WŁAŚNIE SŁONEGO. MOŻE JAJKO Z MAJONEZEM? ALBO JAKĄŚ RYBĘ? KUPIŁAM OSTATNIO FILETY, ALE NIE BYŁY DOBRE, JAKIEŚ TAKIE SUCHE.

Nie mam nic do dodania. Tylko nieliczni potrafią przejść z tematu Domu Dziecka do tematu suchych filetów z ryb.

Ludzie „Zakład Stolarski”.

… czyli tacy, którzy widzą drzazgę w Twoim oku, a w swoim własnym nie dostrzegają pierdolonego Zakładu Stolarskiego. Wytkną Ci każdą życiową porażkę, za Twoimi plecami opowiedzą wszystkim o każdym haniebnym czynie, jakiego się dopuściłeś. Równocześnie jego rzekomo czysta karta już dawno została osrana, orzygana i wymiętolona przez małe grzeszki i kiepskie akcje. Bez przerwy krytykuje i poucza, a Ty czujesz się dokładnie tak, jakby seryjny morderca chciał nauczyć Cię szacunku do ludzkiego życia.

Ludzie „to nie ja, to Atos”.

Mój kolega z dzieciństwa miał psa. Pies miał na imię Atos. Czasem odnosiłam wrażenie, że Atos zrodził się jedynie po to, by stać się żywą tarczą Michała. Nieważne, co zrobił Michał – czy dostał jedynkę z matematyki, czy podłożył nogę koleżance, czy naśmiewał się z innych dzieciaków. Zawsze, ale to zawsze po solidnym ochrzanie, z ust Michała wydobywała się melodia słów:

„TO NIE JA, TO ATOS!”

Było to najczęściej niedorzeczne tłumaczenie; z drugiej zaś strony argument nie do zbicia. Wszelkie wyjaśnienia typu: „Michał, ale jak to Atos, przecież Atos jest psem, Atos nie chodzi za ciebie do szkoły, nie mógł za ciebie dostać jedynki” byłyby absurdalnie głupie, bo Michał doskonale o tym wiedział. Ale robił wszystko, by wina za jego czyny spoczęła na kimś innym – a że było to zwierzę – cóż, kreatywnie!

W moim dorosłym życiu spotkałam wielu ludzi „to nie ja, to Atos”.
To typ człowieka, który wzbudza we mnie nieskończone niedowierzanie i wątpliwości, czy aby na pewno wciąż utrzymuje choćby sporadyczny kontakt z rzeczywistością.
Człowiek „to nie ja, to Atos” nie zna poczucia winy – a może i zna, ale rzadko kiedy się z tym ujawnia.
Pobił dziewczynę – bo go wnerwiała, miał prawo.
Najebał się przy obiedzie rodzinnym – to wina gospodarzy, mogli nie podawać alkoholu.
Ukradł książkę ze sklepu – to wina Polski, a poza tym wszyscy kradną. A tak w ogóle, to gdzie była wtedy ochrona? Ach ta ochrona w Polsce, leszcze, niekompetentne cweluchy.
Spóźnił się godzinę na spotkanie – przecież to nie jego wina, to wina przypadku; jego mamy, która ośmieliła się porozmawiać z nim przez 5 minut, więc nie zdążył na autobus, a nie zdołał na niego dobiec, bo ma kiepskie buty, co za chujowe buty teraz produkują. A właściwie to wina jego ojca, gdyby miał silniejsze plemniki, to spłodziłby syna z szybszymi nogami.

Najważniejsze to znaleźć w swoim życiu jak najwięcej Atosów. Wiadomo.

Ludzie kolorowanki.

… czyli ci, którzy koloryzują każdą opowieść; potrafią z najbardziej jałowej historii stworzyć scenariusz z zamkami, nietoperzami i laserami w tle. Uwaga, wjeżdża przykład.

Historia opowiedziana:
Kurwa, nie uwierzysz, chciałem iść z psem na spacer, schodzę po schodach, patrzę – a tam sąsiadka wyje na tych schodach, trzyma się za brzuch, dookoła mokro, a ta mi mówi, że wody jej odchodzą. No to wziąłem zadzwoniłem po pogotowie, ale nie zdążyli na czas, odebrałem poród, człowieku. Czaisz? Przeciąłem pępowinę scyzorykiem, dobrze, że miałem przy sobie.

Rzeczywistość:
Poszedł z psem na spacer, na schodach spotkał sąsiadkę z wodą mineralną w jednorazówce. Wyszedł z psem, pies zrobił kupkę i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Najsmutniejsze jest to, iż doskonale wiesz, że opowieść człowieka kolorowanki jest wyssana z wszystkich palców, jakie posiada, ale za każdym razem wysłuchujesz jej z małym hihi w serduszku. Bo to trochę tak, jakbyś oglądał film oparty na faktach, choć bardziej są to fakty oparte na filmie nakręconym w jego głowie.

Ludzie lepsi.

Ostatnio pewna osoba powiedziała mi mądrą rzecz. Że powinno się zazdrościć innym, ale wyłącznie po to, by z tej zazdrości wycisnąć jedynie chęć bycia lepszym.

Są jednak i tacy, którzy czują się lepsi tak po prostu, domyślnie – i tą lepszość wywalają na stół bez przerwy, bez opamiętania i często bez wyraźnych powodów. Czują się lepiej, gdy Ty poczujesz się gorzej. No tak, ponoć nic tak nie cieszy jak cudze nieszczęście. Jest to typ ludzi, którzy przenigdy nie dopuszczą do siebie faktu, że to, co sami robią, jest takie sobie. Spytają o zdanie tylko po to, by usłyszeć pochwały, szacuneczki i gratulatki.

Przykład:
1. Człowiek Lepszy napisał wiersz.
2. Człowiek Lepszy pyta, co sądzisz.
3. Odpowiadasz Lepszemu, że wiersz jest ładny, ale nie do końca w Twoim guście.
4. Lepszy czuje się głęboko urażony; na szczęście posiada wachlarz ciętych ripost:
a) NAPISZ LEPSZY
b) CIEKAWE, JAKI TY BYŚ NAPISAŁ
c) NIE ZNASZ SIĘ
d) ŻAŁUJĘ, ŻE DAŁEM CI TO W OGÓLE PRZECZYTAĆ.
5. Człowiek Lepszy nie stara się być Jeszcze Lepszy, bo najważniejsze, że sam dla siebie jest Najlepszy, a inni gówno wiedzą, gównooo! Zamknijcie wszyscy mordy, nieudacznicy. I zróbcie lepiej!

Jaki z tego morał?

humans111

Ale przecież wszyscy jesteśmy trochę idiotami, co?

pocałuj mnie w dupę, jutro rano umrę.

Są takie momenty w życiu człowieka, kiedy chce mu się zdychać. No, są. Podejmę dzisiaj leciutki jak tona głazów temat samobójstwa.
Skłonił mnie do tego komentarz pewnej dziewczyny – nie powiem jakiej, nieważne jakiej. Nie traktował on bezpośrednio o chęci zajebania się, absolutnie, ale było w nim tyle smutku, tyle bezradności, że wprost nie mogłam się powstrzymać. Powodem była również wiadomość od drugiej nieznajomej mi dziewczyny. Tak długa i tak wzruszająca, że powaliła mnie na kolana i przypomniała o rzeczach, które zgubiłam gdzieś w dziurawych, za głębokich kieszeniach.

Są takie momenty w życiu człowieka, kiedy chce mu się zdychać. Niektórzy nazywają to depresją, drudzy byciem pizdą, trzeci tchórzostwem. Dziś opowiem Ci o tym, jak to jest chcieć zdychać i dlaczego nie warto tego chcieć. To będzie kurewsko długi tekst, mało przyjemny, mało śmieszkowy, ale wyrzygany prosto z serduszka.

Samobójstwo. Głupie? Żałosne? Wiadomo. Sądzę, że wiele razy od zajebania się dzieliły mnie milimetry. I nazwij mnie tchórzem i nazwij mnie słabą psychicznie, ale zanim nazwiesz tak potencjalnego samobójcę, poproś go, by opowiedział Ci o swoim życiu. Zawsze najmocniej śmieszą mnie (przez łzy) wypowiedzi (teoretycznie) bliskich osób po śmierci samobójcy. „Zawsze uśmiechnięty…”, „nie wiem, jak to się stało, to był taki dobry chłopak, wesoły…”, „była taka pomocna”. I co, skoro był uśmiechnięty, to nie mógł się zajebać? Skoro był dobrym człowiekiem – nie mógł się zajebać? Czy to, że była pomocna miałoby uchronić ją przed tym, że się zajebała? Czy to miałoby być jakimkolwiek argumentem?

Kiedy chcesz odebrać sobie życie, nic nie jest argumentem. Wszystko zdaje się być jedynie marnym pretekstem do tego, żeby egzystować. To wcale nie znaczy, że nie kochasz swoich rodziców, że masz za nic swoje życie, że nie interesuje Cię cierpienie innych po Twojej śmierci. Czy jesteś tchórzem? Tak. Czy obchodzi Cię to? Tak. Czy to Cię powstrzyma?

Nie wiadomo. Nie wiadomo, bo kiedy chcesz to zrobić, od samego siebie i od rozsądku, kalkulowania, analizowania, dzielą Cię lata świetlne. Nie zastanawiasz się, czy to Ci się opłaca, czy warto, czy nie warto, co powiedzą inni, czy jesteś pizdą, której życie wypadło z rąk. Nie jest Ci wszystko jedno. Po prostu nie wiesz, co Ci jest, a Twoja głowa staje rykoszetem, który odjebał Ci ręce, nogi, mózg i serce.

Daleka jestem od obrony samobójców, w tym samym stopniu daleka od krytyki. Ty zastanawiasz się: jak on mógł? Jebany pedał, zawsze przesadzał, nie umiał docenić tego, co miał. Co za egoista, zostawił wszystkich, którzy go kochali. Tak, zostawił. Ale być może uwierzył w to, że to nie on zostawił innych, ale oni jego. A może rzeczywiście był słaby psychicznie – dlaczego wywołuje to taką wrogość i tak ogromną pogardę w ocenie innych? Nie każdy jest silny. Jeśli masz twardą dupę, należy Ci pozazdrościć i podziwiać to, ale to, wobec czego Ty przejdziesz obojętnie, dla kogoś drugiego może oznaczać koniec świata. Ty pokłócisz się z żoną i pójdziesz na piwo. On pokłóci się z żoną i pójdzie się zajebać. Nie dlatego, że pokłócił się z żoną, ale dlatego, że pokłócił się z nią po raz pięćdziesiąty i nie ma siły na cierpienie jeszcze jeden raz, nie ma siły na walkę i prawdopodobnie wie o tym, że kiedy rzuci się pod pociąg, stanie się dla innych pierdoloną łajzą, która nie ogarniała swojego żywota i zajebała się, bo stało się to najprostszym rozwiązaniem. Wie, że jego matka oszaleje ze smutku. Wie, że ludzie go za to znienawidzą. Wie, ale jakaś jego część każe mu porzucić tę wiedzę – bo paradoksalnie jest ona kolejnym czynnikiem, który sprawia, że ma ochotę się odjebać. Jeśli spotkasz potencjalnego samobójcę, nie mów mu, że jest tchórzem. On to wie. On nie stracił rozumu. Jego rozum zapadł w śpiączkę. Granice każdego człowieka przebiegają w zajebiście różnych momentach.

No kurwa, jest przecież milion powodów, dla których powinieneś w tym momencie rozpruwać sobie żyły. Nie mów, że nie.

Może jesteś bezrobolem i ryczysz po nocach, żeś gówno wart. Może Twój portfel oferuje Ci jedynie powietrze i jest Ci wstyd, że nie stać Cię nawet na lepsze piwo niż to z Biedronki, może Twoja miłość nie odzywa się kolejny dzień, może wpierdalasz jedynie chleb z masłem, może jest Ci wstyd, że przegrywasz życie, może nie wiesz, czego chcesz, może każdy myśli, że jesteś debilem, może Twój tata jest alkoholikiem, może ktoś zrobił Ci krzywdę, może myślisz, że nie stać Cię na więcej, może Twój szept jest krzykiem i nikogo to nie obchodzi, może spacerujesz samotnie, bo nikt Cię nie lubi, może masz małego penisa albo cycki, może zdechł Twój pies, może ktoś powiedział Ci słowa, które sprawiły, że nie nie masz sił, może czujesz się niedoceniany, może nie masz ochoty obudzić się jutrzejszego poranka, może wyjebali Cię ze studiów, może starasz się i gówno z tego wychodzi, może ledwo wiążesz koniec z końcem, może jesteś jedyną osobą, która w Ciebie wierzy, a może powoli sam przestajesz, może wydaje Ci się, że to, co masz to za mało, może inni mają więcej, może chcesz więcej, może im zazdrościsz, może zazdrość to jedyne, co czujesz, a może nie czujesz już zupełnie nic, może leżysz na łóżku, słuchasz piosenek, które rozpierdalają Ci serce i nie masz siły na to, żeby wyłączyć je i wstać, ruszyć przed siebie, może wolisz leżeć pod kołdrą, żeby nie znalazł Cię nikt, a może chciałbyś, żeby ktoś Cię odnalazł, może chciałbyś przestać błądzić, ale nie wiesz jak, może twardy grunt pod Twoimi stopami okazał się być płonącym gównem, w którym właśnie toniesz po uszy, może patrzysz w lustro i widzisz tylko ścierwo, którego nikt nie pokocha, może dajesz z siebie wszystko, a zostajesz z niczym, może pomagasz wszystkim, a Tobie nie pomógł nikt, może uśmiechasz się do ludzi, a kiedy wracasz do domu, jesteś zupełnie sam, może płaczesz tylko wtedy, bo wtedy nikt nie widzi, może rozmawiasz ze swoim kotem, bo nikt inny nie chce Cię słuchać, może zmarła Twoja ukochana mama, może czujesz, że nie zniesiesz więcej, może chciałabyś być kimś innym, może zawiodłeś wszystkich, którzy pokładali w Tobie wielkie nadzieje, może żałujesz rzeczy, które nie powinny mieć miejsca, może pragniesz być lepszy, ale wiecznie czujesz się gorszy, może czujesz się żałośnie, może inni mają lepiej, a Ty wiecznie gorzej, może chcesz biec przed siebie, a przykurwiasz łbem w mur?

Może chcesz się zajebać? Serio, chcesz? Jak chcesz to zrobić? Wolisz rozpruć sobie żyły, skoczyć z mostu, powiesić się, otruć tabletami, nie wiem, najebać się, wsiąść w auto, rozpędzić i pierdolnąć w mur? Jak chcesz się zabić, powiedz? I powiedz mi – dlaczego nie chcesz żyć? Nie mów mi o tym, czego nienawidzisz i czego nie potrafisz znieść. Opowiedz mi o tym, co przestałeś kochać, a ja opowiem Ci o tym, czego nie przestanę kochać nigdy i choćbym zwariowała, nie pozwolę sobie tego odebrać.

Moim najbliższym wspomnieniem jest moment, kiedy pakowałam u rodziców moje rzeczy do pudeł i worków. Ubrania, buty, książki, płyty, zapiski, listy i zabawki z dzieciństwa. Dokładnie pamiętam ostatnią noc przespaną w rodzinnym domu. Pamiętam ten strach, że od tej pory nie ma odwrotu. Że nigdy więcej nie wrócę do Nich z podkulonym ogonem, bo „znowu w życiu mi nie wyszło”. To była ta noc, kiedy moja mama paliła w kuchni fajkę za fajką, a ja paliłam fajkę na balkonie, patrząc na widok, który miałam przed oczami przez większość życia.
Patrzyłam na budynek przede mną i przypomniałam sobie, kiedy byłam dzieckiem i wierzyłam, że któregoś dnia przeskoczę z balkonu na ten blok, jak gdyby nigdy nic, bo wcale nie jest tak daleko. Stałam na balkonie, na którym przesiedziałam tak wiele nocy, z kartką i długopisem w ręku. Spoglądałam na drzewo, na które wspięłam się kiedyś aż po sam szczyt, a potem płakałam, że boję się zejść. Patrzyłam na miejsce, w którym kiedyś był plac zabaw. Na asfalt, który latem był tak miękki, że wbijałam w niego kapsle i kamyki. Na górkę, z której zjeżdżałam kiedyś na kartonach znalezionych na śmietniku. Na tory, przy których budowałam z kolegami szałas, a potem w domu dostałam po dupie. Tam, gdzie teraz rosną krzaki, była kiedyś piaskownica, w której lepiłam babki z piasku, gdy moja mama czytała książkę na ławce.
Widok z tego balkonu to widok na moje życie. Tymczasem godziny dzieliły mnie od dnia, kiedy miałam wziąć do rąk klucze do własnego mieszkania i zabrać tam wszystko, co mam, łącznie z tym, co dorastało w moim sercu.
Nad ranem udawałam, że to dzień jak co dzień, że wychodzę i wrócę, ale mój pusty pokój zdawał się mówić: „chyba sobie kurwa kpisz”. Ostatni raz spojrzałam na ściany, myśląc sobie, że żaden człowiek nie słyszał mojego płaczu radości i smutku tak wiele razy jak one.
Kiedy włożyłam klucz do drzwi mojego nowego domu, wiedziałam, że mam przejebane. Oczywiście byłam szczęśliwa, że moje wieczne tułanie się po świecie wreszcie dobiegło końca, ale równolegle byłam pewna, że masz przejebane, dziewczyno, to jest ten moment, którego się bałaś; moment, który weźmiesz na barki i połamiesz sobie plery, gratuluję.
I wiele razy czułam, jak łamią mi się plery, wiesz? I wiele razy miałam dość, tonęłam miliard razy, często bywały takie dni, kiedy nie otwierałam nikomu drzwi, nie odbierałam telefonów i nie było mnie nigdzie poza moją głową.

Mówi się, że powinno żyć się tak, jakby każdy dzień miał być tym ostatnim. Moja interpretacja tych słów polegała na biernym oczekiwaniu na koniec, na to, aż wszystko w końcu pierdolnie. Prawdę mówiąc wyśniłam sobie piękny sen, w którym wszystko się kończy – że z mojego życia w końcu pozostaną zgliszcza. Gdzie te zgliszcza, kurwa? Ile jeszcze?

Popełniłam wtedy długi tekst, rozpoczynający się słowami:

Tabletki na sen, tabletki na lęki, tabletki na człowieka. Sprawiają, że śpię, że nie boję się, że jestem człowiekiem.
Ogłupiające, odrętwiające, stawiające mnie w kącie na później, siedź sobie tam ze swoją pustą głową, świat zajmie się tobą później, a póki co nie czuj kompletnie nic.
Okropne rzeczy rozpływają się w mózgu jak cukier w gorącej wodzie i w ten sam sposób zostawiają w ustach słodki smak czegoś nieistniejącego.
Wstaję nad ranem, a rzeczywistość wraca do poprzedniego stanu. Stanu równoległego do tego na moim koncie.
Moje koślawe nogi potykają się o kolejną kłodę. Wpycham w usta papierosa. ŚCIŚNIJ FILTR I POCZUJ ŚWIEŻY SMAK. Ściskam filtr i czuję świeży smak porażki.

Twoim problemem jest to, że do swojego plecaka spakowałeś w większości kamienie, a teraz dziwisz się, że ściągają Cię na dno. Twoim problemem być może jest to, że zabrałeś ze sobą tylko to, co najcięższe, a te lekkie rzeczy zostawiłeś, twierdząc, że na nic Ci się nie przydadzą. Bo tam, gdzie się wybierasz i tak będzie zimno.
Wziąłeś tą swoją dorosłość i przykleiłeś się do niej. Czujesz się dorosły, poważnie? Nie jesteś dorosły. To, że nie robisz kupy w pieluchę, płacisz rachunki i zarabiasz pieniądze nie czyni Cię dorosłym. Dlaczego przestałeś kochać swoje życie?

Patrzę na swoje ręce i myślę, że one mi wystarczą. Wierzę, że w tych rękach będę kiedyś trzymać moje dziecko. Dzięki moim rękom mogę dziś pisać i kocham to robić, więc robię to. Moje ręce głaskają głowę Człowieka, którego kocham, więc to piękne, że je mam. Dzięki moim rękom zrobię Mu kanapki do pracy, więc nie będzie głodny i cieszy mnie to. Moja twarz bywa smutna, ale z mojej twarzy wychodzą słowa, które budują więź między mną a ludźmi, z którymi chcę być blisko. Mam oczy, które mogę ładnie pomalować lub nie, ale gdyby nie one, nie zauważyłabym wiosny, która dobija się do drzwi. Gdyby nie one, nie mogłabym wyobrażać sobie, że chmury przybierają kształty, które sobie wyobrażam. Mam uszy i całe szczęście, że je mam, bo bez muzyki byłabym pusta jak pudełko po zapałkach. Mam uszy, które pozwalają mi Cię słuchać. Czasem słyszą słowa, na które chciałabym być głucha, ale bez moich uszu nie usłyszałabym tych słów, które postawiły mnie na nogi. Patrzę na moje nogi, które kiedyś tkwiły w betonie i myślę, że mam je nie bez powodu. Biec. Biegnę. Cieszę się, że to umiem. Mam nogi nie po to, by wpakować je w seksowne dżinsy, ale po to, by przemierzać moje życie.

Zdarza się, że o Twoim istnieniu stanowi tylko to, że oddychasz, Twój mózg pracuje, a bicie serca wepchniętego w zapadniętą klatkę piersiową wystukuje rytm Twojego życia. Bardzo płytki ten rytm, bardzo średni, bardzo zwykły i ledwo wyczuwasz go pod dłonią. Gdyby rytm miał być kształtem, to takim, o który można się skaleczyć.
Wszystko jednak mówi Ci, że to serce jest Twoje. Parę razy wyrywałeś je z piersi, by móc się o tym przekonać. Parę razy wyciągałeś je na dłoni przed siebie i przekazywałeś Człowiekowi, by sprawdzić, co można zrobić z takim sercem. Czy można je popsuć? Można je nawet połamać. Jest takie elastyczne, jeśli chodzi o destrukcję. „Oddałem ci serce, od teraz jest tylko twoje”– mówisz, wręczając je Komuś. Ktoś dziękuje z wdzięcznością i nadstawia ręce. Ale nic nie wpada do kolebki rozłożonych dłoni. Strzepujesz serce w kolebkę, odklejasz od skóry niczym lepką, gęstą ciecz, usiłujesz oderwać choć mały kawałek, ale wszystko na marne. Przepraszam, chciałem dobrze, naprawdę chciałem ci je dać… ale sam widzisz… wszystko wskazuje na to, że to serce należy tylko do mnie”.

Przytulasz je do dziury w swoim ciele i odkładasz na miejsce. Ledwo się tam mieści, rana trochę się zrosła, ale upychasz, upychasz, upychasz – weszło.
Mija chwila, a serce znów wybija ten sam rytm.

Bicie serca wepchniętego w zapadniętą klatkę piersiową wystukuje rytm Twojego życia. Bardzo głęboki ten rytm, wcale nie jest średni, jest niezwykły i wyczuwasz go pod dłonią. Gdyby rytm miał być kształtem, to takim, o który można się skaleczyć. Wszystko jednak mówi Ci, że to serce nie jest tylko Twoje. Parę razy wyrywałeś je z piersi, by móc się o tym przekonać. Tylko jeden raz wyciągnąłeś je na dłoni przed siebie i przekazałeś Człowiekowi, by sprawdzić, co można zrobić z takim sercem. Czy można je popsuć? Można je nawet zgubić.
I podobno nikt nigdy nie wyszedł z tego cało.

Poza Tobą.

Chciałam powiedzieć Ci, że nie jesteś tylko człowiekiem z dziurą w sercu. Nie zapominaj o lekkich rzeczach, których nie chciałeś zabrać w swoją podróż. Nie zapominaj o domkach z prześcieradeł i koców, o wdrapywaniu się na drzewa, o widoku z Twojego balkonu. Wypierdol ze swojego plecaka mosty, żyletki i tabletki. Nie szukaj słabych argumentów do życia, bo nawet one nie uchronią Cię przed śmiercią. Ludzie mówią, że zanim się zabijesz, powinieneś pomyśleć o momentach, które są jeszcze przed Tobą. Tak. Ale pomyśl też o tych, które sprawiały, że kochałeś swoje życie. Niewiele przecież różnisz się od dziecka, którym byłeś. Przecież to wszystko, co masz teraz, to wciąż tylko zabawa w dorosłość.

Człowieku, Ty żyjesz. Każdy krok i każdy oddech jest dowodem na to, że można jeszcze żyć.

co kocham w człowieku?

Witam Was po długiej przerwie!

Cieszę się, że nawet wtedy, kiedy nie miałam czasu pisać, byliście ze mną i czynnie udzielaliście się w komentarzach.
Były to komentarze różne, różniste. Miłe, ogromnie miłe i takie, po których było mi jakoś bardzo dziwnie. Nie, że smutno, przykro też nie, ale naprawdę przedziwnie.

Okazało się, że mój poziom językowy ssie. Nie powiem, że pałę, bo byłby to językowy rynsztok, wiadomo. Napiszę więc, że ssie mleko matki, jakiejśtam losowej matki, nie mojej i nie Twojej, bo znów wyjdzie na to, że jestem pieniaczem.

Ale ja Was proszę. Proszę o uwagę każdą osobę, która czyta te literackie plwociny. Przeczytaj to proszę dokładnie – wystarczy jeden raz, bo ani ja nie będę tego powtarzać ani Ty nie dotrwasz po raz drugi do końca.

Moi Drodzy. Nigdy nie mówiłam o sobie, że jestem pisarką, nigdy nie próbowałam wmawiać nikomu tego kłamstwa, nigdy takich prób nie poczynię.
Jestem człowiekiem. Takim, jak Ty, Twoja koleżanka, Twój chłopak, Twoja kuzynka.
Przeżywam uniesienia, radości, cierpienie, rozczarowanie, zadowolenie. Wkurwienie również, ani nie rzadziej ani nie częściej niż pozostałe uczucia. Wczoraj uścisnęłam komuś dłoń na powitanie, rozmawiałam z mamą, kupiłam 10 bułek, wypiłam herbatę z sąsiadką. Nie odrąbałam nikomu tej dłoni, nie obraziłam mojej mamy, nie zwyzywałam ekspedientki, że bułki są zbyt kanciaste i mają nierówne krawędzie, nie wylałam sąsiadce wrzątku na nogi z powodu dziesięciuminutowego spóźnienia.
Mam wrażenie, że niektórzy mylą mnie z chujem, który szuka pretekstów do zasiania fermentu, gdziekolwiek tylko się pojawi, a potem opisuje swoje buractwo na kulawym blogu. Nie! Jestem z Tobą szczera. Jeśli widzę nad sobą gwiazdy, zachwycam się nimi i chętnie Ci o tym opowiem. Jeśli ktoś, kto jest mi bliski, cierpi, odczuwam współczucie. Jeśli jest mi smutno – wyję jak niemowlę, które przychodzi na świat. I równie ciężko jest mi wtedy złapać oddech. Jeśli czyjeś zachowanie jest diametralnie inne niż moje początkowe nastawienie do tej osoby – czuję wkurwienie. Naprawdę aż tak bardzo boisz się brzydkich słów? Dlaczego?
Nie widzę powodów, by to wkurwienie ukrywać. Dlaczego nie mogę o tym napisać i dlaczego nie mogę napisać o tym szczerze? Jeśli taka forma kaleczy Twoje oczy, jeśli patrząc na sklejkę z liter, tworzącą słowo: „KURWA”, myślisz sobie: „a łe, prostactwo, wieśniactwo, buractwo, pieniactwo, cebulactwo”, proszę Cię, nie czytaj tego, bo prawdopodobnie nie wiesz, co mam na myśli. Nie wyganiam Cię i daleka jestem od pisania: „nie podoba się – pierdol się”, „zrób lepiej”, „zamknij mordę, to ja mam rację”. Najzwyczajniej w świecie zamknij tę stronę, tak samo jak przełączasz w telewizji kanał, który nie przypadł Ci do gustu.
Kiedy przełączasz kanał, telewizorowi nie jest przykro, pani z ekranu też nie. Jestem prawie tak samo wirtualna.

Ja naprawdę nie jestem damą z łasiczką. Nie wiem, kto obiecał Ci, że będę mądra i fajna, ale na pewno nie byłam to ja. Piszę głośno to, co głośno krzyczy w mojej głowie. Jeśli nie lubisz rosołku, nie jedz rosołku na siłę, przecież w jedzeniu nie chodzi o to, żeby się porzygać. W czytaniu również! Zamiast mówić o tym, że nie powinnam tyle przeklinać, po prostu zamknij tę stronę, bo to jak piszę prawdopodobnie nie zmieni się nigdy. Wiesz, dlaczego?

Kiedy lata temu opiekowałam się dziećmi, jeden chłopiec bardzo lubił rysować czarną kredką. Rysował czarne drzewa, czarne samochody, czarne niebo, czarne wszystko. Wychowawczyni powiedziała mu, żeby narysował coś ładnego, wiosennego, żeby wziął ładniejsze kolory kredek i spróbował stworzyć coś innego, uśmiechnięte słonko czy cokolwiek kojarzącego się z radością. Chłopiec odpowiedział:

– Ale dlaczego? Tak jest ładnie.
– Trochę smutny ten rysunek, zobacz, inne dzieci używają też innych kredek…
– Ja chcę używać takiej, taka mi się podoba i to wcale nie jest smutne.
– Ale chcemy wywiesić na korytarzu prace wszystkich dzieci, nie chciałbyś, żeby twoja też tam wisiała?
– Nie musi jej pani wieszać, ja tak tylko sobie rysuję.

I rysował sobie tą czarną kredką, choć wiedział, że ma do dyspozycji sryliard innych kolorów; wiedział, że inni mają wobec niego inne oczekiwania, wiedział, że może inaczej. Ale nie chce. Jemu po prostu tak się podoba.

Ale ale. Nie urządzajmy sobie popłakiwanka, trzeba przeć do przodu.

W ramach zachowania równowagi między wkurwieniem a zadowoleniem, dziś opowiem Ci o tym, co kocham w człowieku.

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

Mam kumpla. Tak, teraz jest moim kumplem. Kiedyś poróżniły nas głupie sprawy, niedomówienia. Woleliśmy raczej nie przebywać w swoim towarzystwie, a jeśli już działo się tak na przekór nam, oby jak najdalej od siebie. Cicha wojna, długoletnie milczenie, gadanie głównie o gównie, oby tylko nie zejść na poważniejsze tematy.
Rok temu nasze życiowe dna zsynchronizowały się. Ja wyciągnęłam rękę do Niego, On wyciągnął swoją do mnie. Przechlaliśmy całą noc i całą noc przepłakaliśmy.
Co kocham w człowieku? To, że w pewnym momencie mojego życia było coś ważniejszego niż spór, w którym nikt nie miał racji, bo po prostu mogliśmy na siebie liczyć. I możemy liczyć na siebie do dziś.

Nic nie szkodzi.

Parę tygodni temu wychodziłam z psem na dwór. To znaczy, wychodzę z nim na dwór codziennie, ale rzecz miała miejsce parę tygodni temu.
Ten mały zjebuś obszczekuje wszystko, co większe od niego, głównie wielkie psy i starych ludzi. Ci drudzy zazwyczaj nakazują mi zakładać mu kaganiec, „skoro jest taki groźny” i na nic tłumaczenia, że nie, proszę pani, on nie jest, on nic, on nie ma zębów, on naprawdę. Przyzwyczaiłam się więc do przepraszania ludzi za obszczekiwanie, co zazwyczaj kończy się lekceważącym prychnięciem pod nosem, w stylu: „och, w głębokim poważaniu mam twoje przeprosiny, jestem obrażoną damą i ja sobie nie życzę, wypraszam sobie, jestem oburzona, problematyczna, dystyngowana i nie robię kupy”.
Tym razem obszczekał kolejną staruszkę, obszedł ją dookoła i skrępował jej kolana smyczą. Przyznam – było mi trochę wstyd i ta sytuacja przywiodła mi na myśl wspomnienie, kiedy wjechałam jakiejś babince rowerem w krocze.
Usiłuję więc odplątać smycz, a Maryś wpada w panikę. Smycz zaciska się jeszcze mocniej, pani powoli traci równowagę. Zażenowana wycedzam przez zęby:

– Przepraszam panią bardzo, on tak z radości, że idzie na spacer, przepraszam….

W głębi duszy wyczekuję już słów w stylu: „trzym tego psa przy sobie, kurwa! Oburzające!”.
Zamiast tego słyszę:

– Niech się pani nie przejmuje, ja też mam pieska, proszę tylko go nie bić, bo może on tak ze stachu głupkuje. Nic się nie stało!

Co kocham w człowieku? Wyrozumiałość i dystans. Nawet w wieku 80 lat.

Przecież życie jest piękne.

Zdarzyło się to parę lat temu. Zima, minus miliard stopni, ja kończąca pracę o 21, półtora godziny od domu, mój autobus spóźniający się ponad godzinę. Stoję na przystanku i płaczę; sama nie wiem, czy z zimna, czy z wkurwienia, czy ze smutku, że tyram za gówniane pieniądze do nocy.
Na przystanku stoi tylko starszy pan. Stoi ze mną od samego początku, cierpliwie, jego nogi stoją równie cierpliwie, nie telepiąc się jak moje. Podchodzi do mnie i mówi:

– Dlaczego pani płacze?
– Nie wiem, mam już dość wszystkiego, chcę do domu…
– Proszę pani, proszę nie płakać, bo mnie też chce się płakać. Proszę wyobrazić sobie, że ten ból jest zabawny, niech się pani uśmiechnie.

Sam dźwięk słów: „ból jest zabawny” wywołuje we mnie śmiech i nagle robi mi się cieplej. Stoję w za cienkiej kurtce, gluty zamarzają mi w nosie, ale patrzę na brodatego pana i łzy napływają mi do oczu, ale to już nie są te same łzy.

– No widzi pani! Życie jest piękne!

Co kocham w człowieku? To, że potrafi pokazać Ci, że Twój ból jest śmieszny. Że śmieszne jest Twoje cierpienie, bo przecież kiedyś przyjedzie ten pierdolony autobus i zabierze Cię do miejsca, w którym chcesz być. I nieważne, czy jest tak naprawdę, czy to tylko metafora tego, co czujesz wewnątrz.

Lubię Cię.

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że nie obchodzę Walentynek. Nie hejtuję, nie gardzę. Jedni obchodzą swoje imieniny hucznie, drudzy nawet nie wiedzą, kiedy powinni je obchodzić. Ja zapominam o Walentynkach.

Magdę poznałam półtora roku temu, kiedy przyszła do mnie nad ranem po zbyt głośnej imprezie. Naszą znajomość rozpoczęły jej słowa:

– Czy rozmawiam z właścicielką?
– Niestety tak…
– Proszę pani, nie chciałam wczoraj przeszkadzać, ale moje dziecko nie mogło spać… Proszę następnym razem troszeczkę ciszej.

14 lutego dostałam od Magdy smsa:

„Czy rozmawiam z właścicielką? Karolinko! Z okazji Walentynek chciałam powiedzieć Ci, że bardzo Cię lubię i cieszę się, że Cię poznałam. Bardzo dobrze czuję się w Twoim towarzystwie, dziękuję.”

Jestem mięciutka jak kaczuszka, wiem, ale chciało mi się płakać. Co kocham w człowieku? To, że potrafi powiedzieć te proste słowa, po których chce mi się płakać.

Kłócimy się sinusoidalnie co parę dni.
Ja – wulkan agresji, On – Człowiek Bronię-Się-Atakiem.
Dzieli nas pół metra wzrostu, łączy cała reszta.
Nie ma takich słów, które znaczyłyby tyle, co schowanie mnie w ramionach w milczeniu, po burzy, po wojnie, po trzaskaniu drzwiami.

Co kocham w człowieku? To, że jest człowiekiem, kiedy staję się potworem. I tańczy ze mną to pojebane tango, choć depczę Mu po stopach tak wiele razy.

Zobaczysz.

Z moim bratem przebyłam ciężką drogę. Pamiętam do dziś, jak kopaliśmy się i szarpaliśmy o byle co; będąc dzieciakami w tym samym stopniu kochaliśmy się, jak i nienawidziliśmy. On nazywał mnie głupią krową, ja setki razy wykrzykiwałam obelgi typu: „debil!”. Ponoć niekoniecznie pragnął mojego przyjścia na świat, a kiedy już ta okrutna prawda wdarła się w Jego życie, bił mnie po głowie białym garnuszkiem w czerwone kropeczki. Ja malowałam po jego resorakach markerem, On rozbijał moje młotkiem. Wyrzucił moje maskotki z dziewiątego piętra i zakopywał trampki w piaskownicy. Ja zwalałam zawsze winę na Niego, On dostawał za mnie po dupie. Nie znam jednak osoby, która potrafiłaby kopnąć mnie w moją własną dupę tak jak On, nie głaskając mnie przy tym litościwie po głowie. I kiedy tylko zaczynam powątpiewać w cokolwiek, słyszę:

– Zobaczysz, że się uda.

Co kocham w człowieku? To, że wierzy we mnie nawet wtedy, kiedy zdaje mi się, że nie ma dla mnie żadnego ratunku – i wierzy bezwarunkowo. Uda się i chuj, inna opcja nie istnieje, nie w tym życiu, nie na tym świecie.

I kurwa bardzo dobrze.

Znam Ją od dzieciństwa. Robiłyśmy razem tak wiele rzeczy, że w pale nie mieści się to, jak bardzo bywały one głupie. Zabawy w trupiarnię, gadanie wymyślonymi językami, oglądanie kreskówek, wyżeranie oranżady w proszku palcami, później rozbijanie butelek, dzielenie się każdym ułamkiem swojego życia. W liceum ludzie myśleli, że jesteśmy lesbijkami; nie wiem nawet, czy ktokolwiek nas lubił. My zwyczajnie nie mogłyśmy bez siebie żyć. Ostoja nienormalnej normalności; gdyby ktokolwiek przechwycił nasze wirtualne rozmowy, miałybyśmy przejebane.

Co kocham w człowieku? To, że odkąd pamiętam, mogę pozwolić sobie na szczerość bez zbędnego pierdolenia.
I „kurwa bardzo dobrze”.

Ojej, Karola, ale po co ta afera?

Poznałam Ją w liceum. Nawet nie wiem, czy się lubiłyśmy, ale trafiłyśmy razem na te same studia. Ktoś kiedyś nazwał Ją Karoliną, a mnie Patrycją, ale stwierdził, że to bez znaczenia, bo i tak jesteśmy przecież tą samą osobą. Myślę, że wciąż jesteśmy takie same, choć widziałyśmy się kilka miesięcy temu. Masz charakter, Dziewczyno.
I to kocham w człowieku.

Niebo nie może być aż tak daleko, skoro i Ty i ja możemy je oglądać.

Miałam wtedy 15 lat. Poznałam Ją w internecie. Tak, w internecie. Moja bratnia dusza, ocean spokoju, ciepła przystań, bezpieczny schron. Wymieniłyśmy setki, jeśli nie tysiące maili.
W moje urodziny wsiadła nocą w pociąg tylko po to, by podarować mi bukiet kwiatów.
Dziś jest matką, prawdopodobnie najlepszą matką, jaką dane było mi poznać – i wciąż tą samą piękną kobietą.
Życie nie dało jej buzi, raczej związało kończyny i kazało biec, ale Ona napierdala jak szalona.
Zawsze pamięta o moich urodzinach, zawsze wysyła kartki na święta, nigdy nie gniewa się za milczenie, bo sama potrafi milczeć miesiącami.

Ale wiesz, co kocham w człowieku? To, że życie rozjechało jego wyobraźnię walcem, a on wsiadł w ten walec i rozjechał życie jeszcze potężniej.

W życiu nie ma „ale”.

Wszystko zdarzyło się dawno temu, podczas jednej z moich pierwszych prac na sali zabaw dla dzieci. Kochałam to, przysięgam, 9 godzin trwało jakby 10 minut. Powtarzanie w kółko: „nie wchodź na zjeżdżalnię po zjeżdżalni”, rozmowy z dzieciakami – to wszystko nie miało końca. Za barierkami bacznie obserwowali mnie rodzice, ale rzadko zwracałam na nich uwagę. Pewnego razu odezwał się do mnie ojciec kilkuletniego chłopca:

– Pani jest po pedagogice?
– Niestety nie, źle wybrałam, właśnie zaczęłam socjologię…
– Źle pani wybrała?
– Chyba nie to chciałam robić w życiu.
– A co chciałaby pani robić?
– Tutaj robię dokładnie to, co chcę.
– To dlaczego nie zmieni pani kierunku?
– Nie wiem, boję się, ale codziennie żałuję.
– Przecież pani kocha to, co robi, a to kocha panią!
– No tak, ale…
– W życiu nie ma „ale”. Jest pani młoda, więc nie ma tym bardziej.

Pan wrócił do mnie następnego dnia. Wyciągnął dłoń i podarował mi tekturową karteczkę z przyklejoną czterolistną koniczyną i grosikiem na szczęście. Nie pytałam o nic.
Dwa dni później rzuciłam socjologię, a niedługo potem studiowałam już pedagogikę.

Co kocham w człowieku? To, że potrafi powiedzieć na głos to, o czym ja nie mam odwagi pomyśleć.

Dbaj o siebie.

Mój Tata mówi niewiele. Czasem myślę, że nie znamy się tak dobrze jak powinniśmy. Bywało i tak, kiedy zdawało mi się, że zawsze jest przeciwko mnie, że krytykuje każdą rzecz, która jest dla mnie ważna. Tymczasem On bał się o to, że zrobię ze swojego życia pierdolnik nie do ogarnięcia. I co prawda wiele razy nie udało Mu się mnie przed tym uchronić, to chwała za te wszystkie momenty, kiedy nie zdążyłam wjebać się w gówno, by stwierdzić: „miałeś rację…”. Nie musi mówić dużo, ale kiedy stękam przez telefon, że boli mnie gardło, a On przywozi mi tabletki, mówiąc: „dbaj o siebie”, znaczy to więcej niż wylewne wyrazy współczucia.

Co kocham w człowieku? To, że chroni mnie przed samą sobą i zawsze jest krok przede mną.

Czasem było ciężko.

„Nie mówię Ci tego często, bo jestem zabiegana, ale kocham Cię bardzo. Taka byłaś malutka, a wyrosłaś na śliczną i mądrą kobietę. Ciężko Cię było wydać na świat, nie bardzo chciałaś, ale jak już się urodziłaś, to było super, moja córunia… Masz od zawsze charakterek, ale życzę innym rodzicom takiego dziecka. Trochę przeżyliśmy razem przez te ćwierć wieku, czasem było ciężko, ale wesoło też. Pamiętam, jak szyłam strój Alicji z Krainy Czarów. Albo jak zajadałaś się kanapką pod blokiem po szkole, w mróz, bo nie zjadłaś w szkole. Albo zaprosiliśmy koleżanki na urodziny, a Ciebie zaczął boleć brzuch. Albo jak uczyłam Cię chemii i dostałaś 5 na świadectwie, a była wcześniej pała… I takie tam wierszyki, piosenki, gadałaś jak najęta. I jeszcze pamiętam wszystkie laurki, prezenty, kubeczki, które kupiłaś z M., nie wiem gdzie, nie wolno Wam było iść na miasto. Opowiadanie o mnie napisane do szkoły… Gwiazdkowe, urodzinowe niespodzianki, zawsze od serca, przemyślane. Dzięki za to wszystko. Wyśpij się i bądź szczęśliwa.”

Co kocham w człowieku? To, że dał mi życie. I to nie byle jakie.

—-

Jeśli po przeczytaniu tej notki czujesz mdłe łaskotanie w żołądku – proszę o podanie adresu, zobowiązuję się do wysłania mocnych woreczków.

Co kochasz w człowieku?

likeu

magiczne słówka, przepraszanie, wybaczanie.

Porozmawiajmy dziś o magicznych słówkach, przepraszaniu oraz wybaczaniu.

Na wstępie chciałam zaznaczyć, że – tak – bywam prostakiem, bywam ignorantką, miewam swoje humorki i foszki, bywa i tak, że z moich usteczek wypadnie soczysta wiązanka kurew, chujów i skurwieli. Potrafi wkurwić mnie cokolwiek i zazwyczaj wkurwia mnie małe, pieprzone cokolwiek, a zaraz potem następuje samozapłon, koniec świata, choroba, śmierć, Czarnobyl i Natasza Urbańska.
Jak każdy z Was, bywam zjebem, bywam naprawdę męczącą osobą i kiepskim człowiekiem. Zdarza mi się, i to dosyć często, wpaść w tak wielki gniew, że po wszystkim mam ochotę wyjść z siebie i pierdolnąć sobie metalowym prętem w nery.

Ale myślę, że mimo tego wszystkiego jestem uprzejma, bo sama nie cierpię buców. Lubię, gdy ludzie traktują się dobrze nawzajem, szanują się i zachowują się tak, jak w najpiękniejszych marzeniach o pokoju na świecie.

Mój brat na zakończenie przedszkola otrzymał książkę z dedykacją, która zawierała taki wierszyk:

Dziękuję, przepraszam i proszę,
Trzy słówka za małe, trzy grosze
I grzeczny królewicz, i grzeczna królewna
Znają te słówka na pewno.
Trzy słówka za małe trzy grosze:
Dziękuję, przepraszam i proszę.
To przecież niewiele kosztuje,
Gdy powiesz uprzejmie: dziękuję.
Korona ci z głowy nie spadnie na pewno.
Nawet, gdy jesteś królewną.

I wyryłam sobie te słowa w głowie na zawsze.
Wielki pokłon dla moich rodziców, którzy zawsze, ale to zawsze upierdliwie wpajali mi kulturę osobistą. Przejawiało się to w najrozmaitszy sposób. „Jedz jak człowiek”, „powiedz pani <<dzień dobry>>!”, „podziękuj babci”, „przeproś brata”, „a gdzie <<proszę>>?”.
Nie zawsze zgadzałam się na uprzejme powitania – wolałam opuścić głowę w dół, gdy widziałam znienawidzoną sąsiadkę z dołu; z wielkim trudem cedziłam przez zęby „dzień dobry” mojej lekarce. Z całego serca jej nie znosiłam – jak mogłam lubić człowieka, który wsadzał mi drewniany patyk do gęby, każąc powiedzieć: „AAAA”? Pamiętam, że pewnego razu chcąc pokazać moją ogromną niechęć, powiedziałam po wejściu do gabinetu: „do widzenia”. Mama była bardzo zła, ale przekonywałam ją, że to niechcący. Wybacz, Mamo. To było bardzo chcący.
Mama tłumaczyła mi jednak, że muszę być miła dla ludzi, którzy pomagają mi wyzdrowieć. Więc mówiłam. Do czasu oczywiście.

Po zjedzonym posiłku, mówiłam „dziękuję”, bo wiedziałam, że ten obiad to nie tylko ziemnioki i surówka, ale czas i troska przelane w ich przygotowanie.

Potrafiłam też przepraszać. Nienawidziłam, kiedy mama płakała przeze mnie. Dzieci, wiadomo. A to (sam oczywiście) spadł kwiatek, a to potrzaskało się lustro (samo), a to wywaliłam zupę na dywan (sama się wywaliła) lub nie zakręciłam gazu w kuchence i prawie wyjebało nas w kosmos. Robiłam wiele głupich rzeczy, które zdawały mi się zajebiście poprawne, ale pogniewany wzrok moich rodziców prędko wyprowadzał mnie z błędu.

prz

(Mamuniu!

Przepraszam Cię za to co zrobiłam. Już nigdy, nigdy, nigdy tego nie zrobię!
Przyrzekam, nigdy… Mam nadzieję, że mi wybaczysz. Ale nie mów nikomu – ani Tatuniowi ani Mateuszowi, że to ja… Proszę!
Bardzo, bardzo Cię proszę o to co napisałam. Jeśli tego nie zrobisz, nie wiem co wtedy zrobię…
I jeszcze 1000 razy Cię przepraszam.

Karolcia.

Nie złość się – proszę…”)

Nie pamiętam już, co przeskrobałam; pamiętam za to moment tworzenia tej kartki oraz uczucie ogromnego żalu towarzyszącego mi podczas jej wypisywania. Umiałam przepraszać i na szczęście pozostało mi to do dziś, choć przyznawanie się do winy jest teraz o wiele trudniejsze niż kiedyś.

Znalazłam jeszcze urocze przeprosiny mojego brata:

Obrazek

 

(od Simby……… dobre alter ego, Bracie, khkhkhkh)

Obrazek

Dziś dużo łatwiej jest iść w zaparte i szukać dookoła potwierdzenia słuszności swojego postępowania. Zawsze, ale to kurwa zawsze będziesz w stanie odnaleźć takie potwierdzenie. Zawsze znajdziesz dla siebie usprawiedliwienie. Bo miałeś prawo, bo byłeś zdenerwowany, bo ten ktoś kiedyś coś, więc teraz Ty. Gówienko prawda. Zjebałeś.
To słowo rozbrzmiewa w Twojej głowie tak wkurwiająco jak budzik o 5 rano, kiedy musisz wstać do roboty, a jesteś niewyspany w chuj i oddałbyś wszystko, żeby zmienić rzeczywistość.

Gorzko, co? Kiepsko. Im dłużej zwlekasz z przyznaniem się do winy, tym bardziej czujesz się tak, jakbyś musiał oddać do biblioteki książki, po terminie. A kara rośnie, równolegle z Twoim narastającym wstydem. Co robisz? Stawiasz czoła czy spierdalasz pod łóżko?

Oczywiście nie ma nic prostszego niż klasyczne podpierdolenie się, ale – jeśli mam być szczera – to strasznie nieładna odmiana frajerstwa.
Bo, kurwa, to słowo kosztuje często więcej niż nowy Ajfon, ale jednocześnie jest warte jeszcze w chuj więcej.

Czuję ulgę za każdym razem, kiedy słyszę „przepraszam” i kiedy mówię „przepraszam”. To bywa trudne i czujesz się trochę tak, jakbyś z własnej woli wyszedł na ulicę bez majtek i z zawstydzeniem pokazywał swojego siusiaka, ja wiem.
Ale przepraszaj nie dlatego, bo to miłe, dobre i tak nakazuje Ci Biblia, ale dlatego, że jesteś kimś dobrym. Możesz zachować się jak największy frędzel i stracić wiele w oczach ludzi, ale dopóki masz sumienie, jedna krzywa akcja nie uczyni Cię frędzlem na zawsze.

Z przebaczaniem jest całkiem podobnie, choć jeszcze trudniej. Trudno jest wybaczać, co? Najbardziej ranią nas ci najbliżsi. To takie truizmy, wiem to, ale Ty doskonale wiesz, o czym mówię; nawet największy wróg nie wbije Ci noża w serce tak głęboko, jak ktoś najdroższy. Wróg powie Ci, że jesteś chuja wart, ale w porządku, kwita, bo on jest wart jeszcze mniej. Tymczasem facet powie Ci, że masz myślenie idiotki, a Ty jesteś gotowa wysrać twarz z rozpaczy.

Rzecz jasna, nie można bawić się w Matkę Teresę i dawać wchodzić sobie w dupkę bez wazeliny, godzić się na wszystko i na wszystko przystawać. Nie chodzi wcale o to, żeby słuchać każdego „przepraszam” jak mantry, dzień w dzień i dzień w dzień z uśmiechem pełnym podziwu mówić: „ach, mój ty książę, po raz trzydziesty ósmy wróciłeś najebany i po raz dziewięćdziesiąty pierwszy zarzygałeś ściany, ale przebaczam ci, jesteś moim bohaterem, bo przyznajesz się do błędu, umyję Ci za to stopy i zapierdalam po puchar”. Nie można spędzić całego życia na kolanach, błagając cały świat o litość i przepraszając za swoje istnienie.

… Ale czasem to – z pozoru tak banalne – „przepraszam”  j e s t  godne podziwu. Jest, kiedy uświadomisz sobie, ile to kosztuje i że nie jest przeliczalne na żadną walutę. I kiedy zdasz sobie sprawę, że wcale nie jest za późno, żeby pomyśleć sobie, że każdy popełnia błędy. Ty też doprowadziłeś kogoś do łez, nie pamiętasz już? Przecież Ty też byłeś skurwielem, skurwielu.
Zło wraca. Dobro wróci do Ciebie podwójnie, choć jest mniej wyczuwalne i zdaje się, że jest go mniej, bo robi mniej hałasu. Może to tylko moje naiwne pierdolenie, ale czy naprawdę nie szkoda Ci życia na konflikty? To jasne, że są takie rzeczy, których nie wybaczyłam, nie wybaczę i pewnie dzięki temu spłonę żywcem w piekle – nie szkodzi, byłam tam już wiele razy za życia.

Ale póki żyję i póki świadczy o tym każdy mój krok i każdy oddech, wolę odpowiedzieć na „przepraszam”„w porządku, rozumiem” niż szarpać się z całym światem i wierzyć w to, że mam w tym jakąś głupią słuszność.

I dziękuję. Ostatnio czytałam Wasze komentarze i zdziwiłam się, jak wiele razy podziękowałam Wam za przemiłe słowa i jak wiele razy Wy dziękowaliście mi za to, że piszę. Ale wiesz co? To nie jest dla mnie gówno warte, to jest naprawdę coś.
Dziękuj ludziom, człowieku. Dziękuj za każdym razem, kiedy starszy pan otwiera Ci drzwi i kiedy dzwoni tata, żeby zapytać, jak się czujesz. Podziękuj swojemu chłopakowi za to, że jest przy Tobie, mimo że czasem zachowujesz się jak kretynka. Podziękuj bratu za to, że otwiera Ci oczy nawet wtedy, gdy najchętniej skleiłbyś je pierdolonym Super Glue, żeby nie dojrzeć prawdy. I podziękuj tym, którzy gonili Cię, gdy chciałeś uciec i nie wracać, ale dzięki nim wróciłeś i zostajesz.
Ja dziękuję, bo to nie jest gówno warte. To jest naprawdę coś.

lekarze.

Witaj!

Dzisiejszy wpis nie powstałby, gdyby nie fakt, że z nosa leją mi się hektolitry chujstwa. I cóż z tego, że odpaliłam lawendową, waniliową i żurawinową świeczkę; wszystko pachnie w ten sam sposób, czyli w zupełnie żaden. Nawet fajki smakują jak gówno (bo normalnie smakują jak świeżo zerwane malinki, wiadomo).

Mama powiedziała mi, żebym poszła do lekarza, ale w odpowiedzi usłyszała to, co zawsze: „a weeeejżeeee….”. Powtarzam to niezmiennie od kilku lat i do wizyty u lekarza zmusiła mnie jedynie tak wysoka gorączka, że prawie ścięło się białko w moim ciele. No, i jeszcze w zeszłe wakacje, kiedy Corsa w kolorze sraki połamała mi żebra. I pewnie gdybym nie zemdlała, resztkami świadomości wzbraniałabym się przed pogotowiem.

Wikipedia mówi nam, że lekarz to:

osoba posiadająca właściwe kwalifikacje, potwierdzone wymaganymi dokumentami, do udzielania świadczeń zdrowotnych, w szczególności do: badania stanu zdrowia, rozpoznawania chorób i zapobiegania im, leczenia i rehabilitacji chorych, udzielania porad lekarskich, a także wydawania opinii i orzeczeń lekarskich, w zakresie swojej specjalizacji.

Właściwa definicja lekarza powinna brzmieć:

Lekarzosoba, która jest na tyle ogarnięta i empatyczna, że jest w stanie uratować Twoje życie oraz zdrowie, a przynajmniej nie spierdoli jednego i drugiego do cna. Człowiek, który prędzej zesra się niż odmówi Ci profesjonalnej opieki.

Tymczasem rzeczywistość bardzo różni się od definicji, zarówno pierwszej, jak i mojej własnej. Zacznijmy od faktu, że już od pierwszych lat mojego życia to lekarzowi właśnie zawdzięczam miesiące spędzone w szpitalu. Przedawkowane antybiotyki, na które jestem śmiertelnie uczulona i co jak byk widniało w mojej karcie zdrowia.

Nigdy nie zapomnę widoku najbrzydszych pod nieboskłonem lalek leżących na parapecie mojej izolatki. Lalki te – warto d0dać – były Murzynkami, ale to akurat ma najmniejsze znaczenie, bo były po prostu skurwysyńsko brzydkie, gołe, bez oczu. Gdybym tylko miała siłę wstać, wyjebałabym je za okno. Nigdy nie zapomnę też twarzy jakiejś obcej babki nachylającej się nad moim łóżkiem, by zapytać, czy chcę ciasteczko. Jakie kurwa ciasteczko, kobieto, mam cztery lata, leżę w jakimś psychodelicznym pomieszczeniu z malunkami Smerfów na ścianach, nie ma mamy, nie ma taty, nawet nie wiem, gdzie są, ja leżę w jakiejś chropowatej szpitalnej piżamie i zamiast moczem, siuram krwią! Czy naprawdę wydaje ci się, że moim priorytetem są teraz twoje obesrane ciasteczka, których i tak nie mogę wziąć, bo „nie bierz słodyczy od obcych”? Drę się więc jak opętana:

– NIEEEEEEEEEE!!!

… co obca kobieta podsumowuje:

– DZIWNE DZIECKO. BARDZO DZIWNE.

Leżałam tam przez bardzo długi czas, znosząc widok lalek, codzienne pobieranie krwi oraz nazywanie mnie „Krupcią” przez lekarza, którego szczerze, ale to szczerze nienawidziłam, właśnie za to durne przezwisko. Kilkanaście lat później dowiedziałam się, że uratował mi życie.
Dwa lata temu spotkałam go w szpitalu. Tym razem to on był pacjentem. Dziś jest już staruszkiem chodzącym o kulach, ale pamiętał moje imię; po 22 latach pamiętał całą moją historię. „Byłaś niesamowicie upartym dzieckiem”.
Chwała temu panu. Był to lekarz z prawdziwego zdarzenia, który walczył o moje życie nawet wtedy, kiedy ja sama nie miałam na to sił i kiedy lekarki bez pierdolki rozmawiały z moimi rodzicami o tym, że po prostu umrę. Nie umarłam. Żyję, skurwysyny.

***

Kiedy miałam kilka lat, rodzice kupili mi na targu super różowe sandałki na rzepy, które zakładałam zresztą w komplecie z sięgającymi do kolan skarpetami w czerwone pieski. Sandałki te były nieprawdopodobnym dziadostwem; moje i tak mocno koślawe stópki rozjeżdżały się na wszystkie strony. Po trzech miesiącach noszenia sandałków chodziłam już iksami. Werdykt: płaskostopie.

I miałam wujka, miał na imię, hm, nazwijmy go Janek. Jeździłam do wujka Janka tramwajem i zawsze wtedy rzygałam do worka.
Wujek Janek zrobił dla mnie plastikowe wkładki do butów, które miały wyprofilować moje kacze stópki. Wkładki opływały je ze wszystkich stron, co sprawiało mi niesamowity ból, ból kurewsko potężny, nieporównywalny do żadnego innego bólu.

Dostałam nakaz chodzenia w moich śliczniusich wkładkach non stop. Czy to spacer, czy lekcja w-fu, moje wkładki były ze mną zawsze. Wiele razy płakałam, zwłaszcza właśnie po w-fie i szczególnie po biegu na 1000 metrów, kiedy zdjęłam trampki i wylała się z nich krew.
Sorry, wujku. Byłeś wspaniałym człowiekiem, ale Twoje wkładki były chuja warte. Po latach dowiedziałam się, że jakakolwiek rola tego typu wynalazków w leczeniu płaskostopia nigdy nie została udowodniona.
Aha. Czyli ogólnie mogłam sobie nawpychać do butów kilo starego sera, gwoździe i kiełbasę, wierząc w to, że ta magiczna metoda naprawi moje kulasy. Wkładki oczywiście nigdy moich kulasów nie naprawiły, ale na szczęście przy ogromnym i długoletnim wysiłku przestałam chodzić iksami.

***

Zarówno kulasy dolne, jak i górne zawsze miały ze mną pod górkę. Połamane ręce w wyniku nieprzemyślanej strategii skakania po tapczanie, połamane ręce w wyniku potknięcia się o swoje nogi podczas wyścigu na huśtawki. I pamiętny rok 1994.
Ja w śnieżnobiałym sweterku napierdalam na moim boskim bmxie. Napierdalam, bo „kto pierwszy, ten lepszy”, a Karolinka musi udowodnić wszystkim, że nie jest taką łamagą, za jaką ją mają.
Karolinka po raz kolejny udowania coś zupełnie odwrotnego, kiedy wjeżdża w rower koleżanki naprzeciwko, upada i nagle czuje bolesne ukłucie wewnątrz dłoni. Z mojej dłoni wystaje jakiś papier, cały zalany gęstą, intensywnie czerwoną krwią. Uwalam sobie w głowie, że to nie moja krew, próbuję wyjąć papier, ale nie chce się oderwać. Kurwa mać, to moja skóra! Kiedy odkrywam ten przerażający fakt, zaczynam drzeć mordę wniebogłosy. Słyszy mnie cały park, ale nikt nie reaguje. Niedawno dowiedziałam się, że wszystkich uspokoiła moja mama, tłumacząc, że ja się w ten sposób śmieję.
Wszystkim przestało być do śmiechu, kiedy mój biały sweterek stał się patriotycznie biało-czerwony. O pierdolona ironio losu, 3 maja!

Pamiętaj: czasami dzieje się tak, że Twoje życie może uratować głośny sprzeciw. W moim przypadku tak głośny, że postawiłam na nogi cały szpital, gdy dowiedziałam się, że moja ręka ma zostać amputowana. Dlaczego? Rozcięte na szkle żyły i ścięgna, ubytek zbyt wielu litrów krwi.
Dobra dobra, chuje, mam sześć lat, ale doskonale wiem, co to znaczy. Nie będę miała kurwa kończynki! Wierz mi lub nie, ale pierwszą rzeczą, o której pomyślałam, było: JAK JA BĘDĘ GRAĆ NA MOJEJ AMIDZE?!
Ta wizja przerosła mnie bardziej niż cokolwiek innego, więc nagle wszystkie szpitalne korytarze wypełnione zostały echem najgłośniejszego:

– NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE! NIEEEEEEEEEEEEEEEEE!,

jakie zdołałam z siebie wydobyć.
Lekarz z wielką łaską zadecydował: „spróbujemy”. Podczas szycia na żywca mojej rozpierdolonej dłoni, próbował zabawić mnie porywającą rozmową.

– Oooo, masz na czole taką kropkę z Twojej krwi, wiesz? Wiesz, że w niektórych krajach niektóre kobiety specjalnie mają taką kropkę na czole? Tylko, że nie ze swojej krwi z ręki, hehe.

heheheheheheszek

No bosko, gościu, dalej przypominaj mi o tym, że właśnie prawie się wykrwawiłam, hehe. No koń by się usrał, mój ty mały heheszku.

Szycie ręki bez znieczulenia bolało mnie tak potężnie, że nie przestawałam krzyczeć, co pan-amputujemy-rękę-mamy-wyjebane skomentował w sposób:

– Co za głupia dziewczyna! Przecież to nic nie boli, uspokójżesz się! Co za głupie dziecko! W życiu spotkają cię gorsze rzeczy niż to! Przestań wyć, ucisz się!

Nie wiem, jak Ty, ale ja sądzę, że mówienie takich słów sześcioletniej dziewczynce jest całkiem pięknym skurwysyństwem.
W każdym razie, dzięki mojemu wyciu i wielkiej determinacji w dążeniu do nakurwianka na Amidze, ręka jest całkowicie sprawna. Dwa palce bez czucia się nie liczą. Przynajmniej można je dla zabawy podpalać zapalniczką i nie boli. Życie jest pełne fascynujących doświadczeń!

heheszki

***

Będąc dzieckiem, miałam mocno krzywe ząbki. Chodziłam więc do ortodonty, słysząc bez przerwy, że na aparat jestem za mała, że „to się samo wyprostuje, trzeba te zęby mocno prostować palcami rano i wieczorem i będzie dobrze”. No to prostowałam te zęby jak ostatni frajer, rano i wieczorem i prostowałabym pewnie do dziś, gdybym nie zdała sobie sprawy, że to gówno zmieni. Dziś co prawda moje ząbki przypominają bardziej płot z nierównymi sztachetami niż uzębienie pudelkowych gwiazd, ale – jeśli mam być szczera – jebać to.

***

Każda dziewczyna wie, że wizyta u ginekologa również nie należy do najsuperowszych doświadczeń w życiu. Wiadomo, rozkładanie nóg przed obcym, często starym gościem prawdopodobnie nie jest szczytem Twoich fantazji. Oczywiście trzeba podejść do tego z dystansem, na trzeźwo, na zimno, dojrzale, nie analizować, nie skupiać się na zażenowaniu. Lekarz to lekarz, no przecie.
I poszłam sobie kiedyś do takiego starszego pana, rozłożyłam te nogi, aż tu nagle starszemu panu zadzwonił telefon. Pan, ku mojemu zaskoczeniu, odebrał.

– No cześć, Adam, właśnie miałem do Ciebie dzwonić! No co tam? Co tam u Beaty? A dzieci zdrowe?

Ekhm. Nie chcę być niegrzeczna, ale właśnie siedzę kurwa na fotelu bez majtek i trochę mi pizga. Chrząkam coraz głośniej i głośniej, ale pan nie reaguje. Zaczynam żałować, że nie przyniosłam ze sobą żadnej gazety albo całego stacjonarnego kompa.
W końcu nie wytrzymuję i mówię głośno:

– Przepraszam….?

Pan wybudza się z amoku i żegnając się z rozmówcą, rzecze do mnie:

– Przepraszam, zapomniałem.

Przepraszam, zapomniałem, że jestem lekarzem, że mam na sobie kitel i jestem w swoim własnym gabinecie, jestem szalenie zaskoczony.

I niby byłabym skłonna odpuścić mu tę ignorancję, gdyby parę sekund później do gabinetu nie wszedł – bez pukania, bez ostrzeżenia – jego SYN. Cóż z tego, że również ginekolog; nie przypominam sobie, żebym zapisywała się na trzyosobową schadzkę. Syn wchodzi, podaje ojcu jakieś papiery, ojciec ogląda z zaciekawieniem, a ja od kilku ładnych minut gram rolę główną w jakimś chorym teatrzyku dla dorosłych.
Całe badanie trwało minutę, zapłaciłam 80 złotych, ale to przecież w pełni zrozumiałe. W cenę wchodził zapewne cały pakiet dojebanej rozrywki, w tym wietrzenie krocza.

A żeby poziom absurdu wykurwił w kosmos, lekarz na pożegnanie oznajmił:

– Ma pani przeziębione jajniki. Proszę uważać, żeby panią gdzieś nie przewiało.

spanish

***

Na uwagę zasługuje też mój pobyt w szpitalu, gdy cierpiałam na przewlekłe bóle stawów. Stawów nie wyleczono, natomiast okazało się, że mam dodatkowo arytmię serca. Arytmię również zostawiono w spokoju, zostałam za to skierowana do psychologa, gdyż podobno moja choroba ma podłoże nerwowe. Wchodzę do gabinetu, wielce niezadowolona i zniechęcona do jakiejkolwiek konwersacji. Pani psycholog wita mnie z uśmiechem i mówi, przedziwnie entuzjastycznie:

– Słyszałam, dziecko, że jesteś strasznie nerwowa!
– Wygląda na to, że jestem strasznie nerwowa. – odpowiadam obojętnie

I naprawdę nie wiem, co ja sobie myślałam. Chyba wydawało mi się, że wciągnie mnie w głęboką psychoanalizę, podda hipnozie, wykona szereg badań skomplikowanych niczym skomplikowany system luster, zada milion pytań mających na celu stwierdzenie przyczyn moich rzekomych dolegliwości. Zamiast tego, pani psycholog jeszcze dziwniej rozentuzjazmowana, odpowiada:

– ALE NIE MA PO CO SIĘ TAK DENERWOWAAAAĆ!

Okej. Rozumiem, że to wstęp do psychoanalizy, hipnozy, badań i pytań. Nope. Pani siedzi i patrzy na mnie, głupkowato kiwając uśmiechniętą twarzą. Milczy. I milczy. Uświadamiam sobie, że to nie wstęp, a zakończenie, więc wstaję z krzesła i rzucam:

– Bardzo mi pani pomogła, do widzenia.

***

Jaki z tego morał? Bądź jak Rambo, szyj swoje rany sam.